Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2016

Bieg Niepodległości Oborniki. Dyszka nieidealna.

Od czasu połówki idealnej sporo się wydarzyło. Najpierw było świętowanie połówki idealnej. Potem był wyjazd na drugi koniec Polski i Łemko Maraton. Potem było świętowanie Łemko Maratonu i takie już ogólne posezonowe świętowanie na przemian z ogarnianiem przeprowadzki. W tym sportowym życiu puściły mi nieco hamulce, w poczuciu, że swoje to ja już zrobiłam, a przecież muszę się zregenerować, nabrać świeżości, zanim się zabiorę za konkretny plan treningowy, konkretny odpoczynek dla ciała i głowy się przyda. Grzeszyłam winem i czekoladą, oj bardzo. Jednak odpocząć się finalnienie dało. W życiu pozasportowym musiałam ogarnąć przeprowadzkę siebie i miejsca pracy, a kulminacja tego miała miejsce w ten weekend, kiedy przypadała dyszka. W zasadzie gdyby nie to, że jechałam z zacną ekipą KB Szamotuły, pewnie wyjazd bym odpuściła w imię pracy, której miałam całkiem sporo do wykonania. Tak się jednak stało, że do Obornik pojechałam i na starcie Biegu Niepodległości, niekoniecznie zawarta i gotowa…

VI Samsung Półmaraton. Połówka idealna.

Myśl o szamotulskiej połówce rozgrzewała mnie już od początku sierpnia. Wtedy to wymyśliłam sobie takie postanowienie, żeby postarać się tu o życiówkę. Chociaż te 5 sekund urwać z tego nieszczęsnego 1:45:04, które wisiało i wisiaaało w powietrzu przez 2 i pół roku! Tyle czasu nic z tym nie zrobić! No dobra, były jakieś tam próby po drodze, jednak nieskuteczne. A potem zjazd w dół, przerwa i powrót do biegania, ciężki i mozolny. Jeszcze tak niedawno ocierałam się o drugi zakres w tempie 6:00. No i zarzekałam się, że rok 2016 będzie rokiem bez życiówek... Jak widać, czasem warto sobie te życiówki odpuścić. Obrazić się nie, się wypiąć. W dupie mieć. Wtedy same przychodzą :)
We wrześniu czułam już zdecydowanie, że nie biegam tylko fruwam, że z nawiązką wróciła dawna forma, lekkość biegu, choć bałam się o tym mówić na głos. Im mniej szumu, tym lepiej. A swoje i tak zrobisz, bo forma jest i głowa bardzo chce. Zwłaszcza właśnie ta głowa. Nastawienie do biegania, umiejętność radzenia sobie ze …

Bajka w kolorze błota. Łemko Maraton.

Beskid Niski. Nie są to moje góry. Wolę Tatry, wolę Karko. Przestrzeń, skały, kosodrzewina, przewyższenia. Nie jarało mnie to błocko, liście, las. Zobaczysz te kolory jesieni, zmienisz zdanie. No dobra. Zobaczyłam kolory, trochę zmieniłam zdanie. Ale i tak wolę Karko. I Tatry. Choć całkiem ładnie tu. Magicznie. Wyjątkowo. Inaczej. Taki trochę koniec świata. Ale to nie zmieniło faktu, że biec mi się średnio chciało. Mocna połówka tydzień wcześniej na własnych śmieciach, to był start, którym się najbardziej jarałam tej jesieni. Start, który poszedł mi powyżej własnych oczekiwań. Byłam zatem przekonana, że organizm mam lekko zajechany. Miałam już poczucie dobrze wykonanej roboty. Przebiec, zaliczyć, przeżyć. Taki był więc cel na Łemko Maraton. W żaden sposób nie mogłam z siebie wykrzesać pazurów do walki. Nie próbowałam nawet. Za to pomalowałam je na kolor błota.

"Zobaczysz, jak wystartujesz to ruszysz z kopyta i będzie ogień". Przyjęłam te słowa z niedowierzaniem. Iee tam, prze…

I Półmaraton Puszczy Noteckiej. Motyla noga!

Co mnie podkusiło, żeby się zapisać na te zawody? Pytanie tej treści zadałam sobie chyba milion razy pomiędzy 7. a 18. km biegu, potem to już byłam skoncentrowana wyłącznie na odliczaniu (kilo)metrów do mety. Czysta radość biegania, nie ma co :) ale była i ona. Choć już raczej za metą. Zdecydowanie ZA. Bo przed było ómieranie i mały akt złości ;)


Pierwszy raz na zawodach prezentowałam podwójne barwy, bo i Smashing Pąpkins i Klubu Biegacza Szamotuły. I tak już pewnie pozostanie :) I właśnie z Klubem tego dnia na zawody pojechałam i miły dzień spędziłam (dzięki!<3). Oczywiście nie ma zawodów bez przewodniego motywu muzycznego. Kurde, no musi być taki utwór, który mimo oporu wewnętrznego wejdzie człowiekowi w mózg i odbije się na którymś kilometrze zawodów. Utwór, którym mnie zarażono podczas dojazdu na zawody. Chodzi za mną do teraz, nie mogę się go pozbyć z głowy. Tu, słuchajcie: <Sylwia Grzeszczak> Takie klimaty ;)
Na starcie ustawiłam się koło Mileny z Wronieckiego Klubu Biega…

Burza w Krynicy i zbiegi po turecku.

Relację z tego biegu miałam zacząć od zdania "pewnego dnia zamarzyło mi się spróbować ultra". Jednak gdzieś tam po drodze się z tego marzenia wycofałam i powołując się na zdrowy rozsądek zamieniłam dystans, który miałam biec początkowo - z 64km na 'jedyne' 34km. Oczywiście w pewnym momencie zaczęłam żałować tej zmiany zdania, bo czułam, że nogi i w zasadzie cała ja jesteśmy w całkiem niezłej formie, głodne biegania, i że stać nas na więcej niż by się mogło jeszcze miesiąc temu wydawać. Stając więc na starcie Biegu 7 Dolin na dystansie 34 km miałam jedno postanowienie: odpalić ogień z dupy na maksa. Zero asekuracji. Zero oszczędzania nóg. Zero odpuszczania sobie. Od początku ruszyć ostro i do samego końca dawać z siebie wszystko. Skoro nie zmęczę się na długim dystansie to trzeba z krótkiego wyciągnąć, co się da. Przecież nie przyjechałam tu na wycieczkę po górach! Przyjechałam sprawdzić, na ile mnie stać, udowodnić przede wszystkim sobie, że jednak z górami mi po dro…

Maraton Karkonoski. W paszczy wilka.

Myślami wracałam do momentu, w którym popełniłam zapis na ten bieg. Jesień zeszłego roku. Moment nie najlepszy pod różnymi względami, ogólnie rzecz ujmując.Czasami tak jest, że wali się wszystko, na każdym froncie. Że trzeba podejmować trudne decyzje i działać mimo totalnego braku sił.Na domiar złego nie mogłam biegać i nie wiedziałam (nikt nie wiedział) jak długo to będzie trwało. A potrzebowałam tego biegania wówczas jak nigdy. Mimo tego całego pesymizmu gdzieś głęboko we mnie tliła się malutka nadzieja, która kazała dalej marzyć i snuć plany. Nieśmiało obierałam w głowie cele, wsłuchując się w muzykę z Gladiatora, po cichu wierząc, że może jednak uda się je zrealizować. I jednym z objawów tej nadziei było zapisanie się na Maraton Karkonoski - bieg górski na dystansie 46km z przewyższeniem ok. 2000m. A w momencie zapisu marzyłam o bezbolesnym przebiegnięciu 4,6km po płaskim...



Pół roku później, zupełnie inna ja, stanęłam na starcie tego biegu, mając wciąż w głowie muzykę z Gladiatora…