środa, 7 grudnia 2016

Bieg Niepodległości Oborniki. Dyszka nieidealna.

Od czasu połówki idealnej sporo się wydarzyło. Najpierw było świętowanie połówki idealnej. Potem był wyjazd na drugi koniec Polski i Łemko Maraton. Potem było świętowanie Łemko Maratonu i takie już ogólne posezonowe świętowanie na przemian z ogarnianiem przeprowadzki. W tym sportowym życiu puściły mi nieco hamulce, w poczuciu, że swoje to ja już zrobiłam, a przecież muszę się zregenerować, nabrać świeżości, zanim się zabiorę za konkretny plan treningowy, konkretny odpoczynek dla ciała i głowy się przyda. Grzeszyłam winem i czekoladą, oj bardzo. Jednak odpocząć się finalnie nie dało. W życiu pozasportowym musiałam ogarnąć przeprowadzkę siebie i miejsca pracy, a kulminacja tego miała miejsce w ten weekend, kiedy przypadała dyszka. W zasadzie gdyby nie to, że jechałam z zacną ekipą KB Szamotuły, pewnie wyjazd bym odpuściła w imię pracy, której miałam całkiem sporo do wykonania. Tak się jednak stało, że do Obornik pojechałam i na starcie Biegu Niepodległości, niekoniecznie zawarta i gotowa, a już na pewno niezbyt wypoczęta, stanęłam.


KB Szamotuły i jeden (póki co...) człon rodziny Smashing Pąpkins przed startem 
W zasadzie już pierwsze kilometry mi pokazały jak bardzo ze mną źle tego dnia było. Oj, oj. Co za oddech ciężki, co za krok powłóczysty. A któż to mi ten balast mi podrzucił, co tak ciąży strasznie, aaa, to przecież moje nogi są, matko, jakimi one zawalidrogami będą dla mnie dziś, myślałam, no i dupsko, jezu, jakie ono ciężkie, znów się roztyło, strasznie mnie spowalnia... Tak mniej więcej w skrócie wyglądał mój przekrój myśli z pierwszych trzech kilometrów. I nie wiedzieć czemu, 'gnałam' wtedy jeszcze poniżej 4:40. Potem już powoli oswajałam się z myślą o odpuszczeniu. Choć próbowałam się krzepić myślami - co powiesz na mecie, że nie chciało Ci się? Że się poddałaś? Że walki nawet nie podjęłaś? Przecież to dycha, nie może być przyjemnie. I dwie życiówki tego dnia mieliśmy świętować, łącznie z moją... No nie możesz tego spierdolić! Tak więc w otoczeniu takich myśli sobie biegłam, podupadając na duchu stopniowo, aż na trasie skrzyżowały nam się, hihi, drogi z Jackiem z KB Szamotuły. Jeżeli komuś miałabym zawdzięczać życiówkę tego dnia, to właśnie jemu. Nigdy nie zdecydowałam się na bycie prowadzoną przez kogokolwiek na czas, bo jestem ciężkim typem do współpracy. Łatwiej mnie wkurzyć niż zmotywować. Lubię robić wszystko na opak. A z Jackiem wyszła współpraca idealna. Zdałam się totalnie na jego prowadzenie i tym sposobem kilometr za kilometrem, w bólach, ale mijał. I choć raczej rozmowna nie byłam to słychać mnie było na pewno :) wykres decybeli piął się w górę wraz z moim wykresem tętna, przy okazji w końcu dowiedziałam się jakie jest moje hr max - zapikało w okolicach 8. kilometra 199! Nigdy jeszcze tyle w moim przypadku nie odnotowano ;) (dla wyjaśnienia, mam z natury bardzo niskie tętno). Gdy dobiegałam do Rynku w Obornikach i zobaczyłam Łukiego z Zibim naprawdę miałam gdzieś głęboko ochotę chłopaków wyściskać, wysyłać uśmiechy, zamiast tego odruchowo zasłoniłam twarz, bo czułam się jak zombie.
Jacek radosny, a Mari leci w trÓpa
I nie skłamię teraz pisząc, że była to najcięższa dycha w moim życiu. Nigdy jeszcze tak bardzo nie wyszłam poza strefę komfortu i nigdy tak nie musiałam łapać oddechu jak tego dnia na mecie w Obornikach. Życiówki nie poprawiłam tak bardzo, jakbym sobie to wcześniej wymarzyła, po cichu myślałam o okolicach 45 minut, a wyszło 46:10. Jednak znając swoje samopoczucie tego dnia, oraz w obliczu zdarzeń, które się działy akurat w ten weekend, to nie mam żadnego niedosytu. Żadnego. I gdyby nie pomoc Jacka, myślę, że bym odpuściła. Tak więc Jacek - dzięki! Dzięki Tobie mogliśmy jednak świętować dwie życiówki!

czwartek, 10 listopada 2016

VI Samsung Półmaraton. Połówka idealna.

Myśl o szamotulskiej połówce rozgrzewała mnie już od początku sierpnia. Wtedy to wymyśliłam sobie takie postanowienie, żeby postarać się tu o życiówkę. Chociaż te 5 sekund urwać z tego nieszczęsnego 1:45:04, które wisiało i wisiaaało w powietrzu przez 2 i pół roku! Tyle czasu nic z tym nie zrobić! No dobra, były jakieś tam próby po drodze, jednak nieskuteczne. A potem zjazd w dół, przerwa i powrót do biegania, ciężki i mozolny. Jeszcze tak niedawno ocierałam się o drugi zakres w tempie 6:00. No i zarzekałam się, że rok 2016 będzie rokiem bez życiówek... Jak widać, czasem warto sobie te życiówki odpuścić. Obrazić się nie, się wypiąć. W dupie mieć. Wtedy same przychodzą :)

fot. Fotomaraton.
We wrześniu czułam już zdecydowanie, że nie biegam tylko fruwam, że z nawiązką wróciła dawna forma, lekkość biegu, choć bałam się o tym mówić na głos. Im mniej szumu, tym lepiej. A swoje i tak zrobisz, bo forma jest i głowa bardzo chce. Zwłaszcza właśnie ta głowa. Nastawienie do biegania, umiejętność radzenia sobie ze zmęczeniem, walka z własnym oporem przed wyjściem poza strefę komfortu, to ostatnio mi idzie całkiem dobrze. Głowa głową, ale na treningach też się nie opieprzałam. Na pewno swoje oddały góry, ale interwałów, biegów ciągłych, kilometrówek po drodze trochę weszło. Sporo ostatnimi czasy poświęciłam na ćwiczenia wzmacniające (tak! ja!), bardzo polubiłam się z kettlami. To wszystko siłą rzeczy musiało zagrać. Nawet jeżeli tydzień przed startem spałam po maksymalnie 5 godzin na dobę. W głowie grało bardzo mocno zupełnie co innego niż bieganie. W zasadzie to w ogóle nie myślałam o tej połówce. Tak jak wcześniej cały sierpień i wrzesień ostrzyłam zęby na ten półmaraton, tak zaraz przed było mniej więcej: 'połówka? Aaa, nooo, się pobiegnie, jakąś życiówkę chyba miałam robić, hehe.'
gruppenfoto KB Szamotuły przed startem fot. ktoś :)
W końcu godzina startu wybiła. Tempo w głowie ustalone na podstawie samopoczucia z ostatniego treningu szybkościowego. Plan był zacząć w tempie 5:00, a po jakichś 3 km zejść do 4:50 i spróbować utrzymać to do końca. A rzeczywistość wyglądała mniej więcej tak:


Zaczęłam teoretycznie za szybko w stosunku do planu, jednak czułam, że jest dobrze. Że jest dzień konia. Że pogoda też jest bardzo po drodze, czyli zimno i pada (na szczęście na czas biegu ktoś wyłączył wiatr). W momencie przekroczenia linii startu wróciły wcześniej skrupulatnie ostrzone zęby do walki. Mari uciekła w swój świat, skupiła się i pobiegła.

fot. Fotomaraton.

A na trasie zdecydowanie pomagał doping: ten 'zewnętrzny' w postaci kibiców. I ten mój własny, muzyczny: Gladiator, David Bowie, Billy Idol, Metallica. I ogromna chęć przesunięcia granic własnych możliwości. Coś co do niedawna było niemożliwe miało stać się faktem.
Biegłam skupiona jak mało kiedy, pilnując tempa, monitorując samopoczucie. O kurde, tempo 4:45. Nie zabija cię? To je trzymaj. Półmetek i pan obok zapytał, jaki czas mam na zegarku. Wtedy dopiero sprawdziłam czas całkowity. Paczałam i nie wierzyłam: 47:22. Tak zapamiętałam przynajmniej. Toż to tylko pół minuty gorzej niż życiówka! Nie chciało mi się wierzyć. Jak w to, że jakbym zrobiła ładny negative split, to bym połamała 1:40. Nie planowałam tego. Nie tym razem. Agrafka do Pamiątkowa miała jakieś 5km, jednak całkiem sporo się na niej działo, bo w najlepsze trwało przybijanie piątek :) Fajnie biegać u siebie. Połowa twarzy znajoma. 

za nawrotką, fot. Kim Foto i Film
Spadłam na ziemię, gdy odbiliśmy w stronę Baborowa, to był mniej więcej 14-15. km. Ten odcinek na treningach jest dla mnie kryzysowy, więc tym razem nie było inaczej. Tempo się chwilowo popsuło, a ja odpadłam od męskiej grupki, której się kurczowo trzymałam w razie wiatru. Wiadomo, że najlepiej się przed nim chronić za męskimi plecami. Na szczęście nie było takiej potrzeby, a po jakichś dwóch kilometrach się pozbierałam. Na tyle jeszcze mój mózg kontaktował, że byłam w stanie przeliczyć swój czas na mecie. Przed biegiem sobie myślałam, że jak na początku będzie 1:42 to będzie bomba. Teraz walczyłam o to, by na początku było 1:40, co mi się wcześniej nie śniło! Nie mogłam tego odpuścić. Zmusiłam się do pracy. Toż to prawie koniec. Wytrzymasz to. Krok za krokiem, rób swoje. Biegnij. Dasz radę. Było ciężko ale odliczałam te nieszczęsne metry już pod koniec. Skończyło się Baborówko. Potem zostawiłam za plecami kolejną metropolię, czyli Kępę. W końcu Szamo i długa prosta do mety, ulica Sportowa. Wyciskałam już z siebie resztki sił. Pomogły mi w tym zdecydowanie okrzyki Ani i Mirka z Wronieckiego Klubu Biegacza. A potem już tylko widok mety. A za nią chwilowe dojście do siebie i zaskoczenie jak chyba nigdy w życiu. Tata robiący zdjęcia mojej zdziwionej twarzy a potem pĄpującej pod złotą pierzynką. Czas wyszedł mi 1:40:45. Tak, jest czadowo... Udało mi się stanąć na nogi. Bardziej niż myślałam.


Gdy organizm alarmuje, że biegnie za szybko, że jest ciężko i że ma ochotę zwolnić - nie zawsze należy go słuchać. Tym razem nie słuchałam. W ogóle ostatnio nauczyłam się ignorować jęki zmęczenia własnego ciała. Jeżeli zależy mi na satysfakcji z biegu, z tego że dałam z siebie wszystko, że wykonałam kolejny kroczek do przodu, muszę umieć przebywać poza strefą komfortu, odbierać ją jako coś zupełnie normalnego. To jedyny sposób aby coraz dalej przesuwać granice niemożliwego, przyjaźń z bólem, przyjmowanie tego, że jest ciężko jako dobry objaw, a nie niepokojący, nie przejmując się ściekającym tuszem z rzęs, bo go nie mam, nie dbając o to jak wyglądam na zdjęciu oddychając przez paszczę, nie stresując się aparatami na trasie. Tylko tak jestem w stanie zmierzyć się z samą sobą, iść krok za krokiem coraz dalej...

to ta zdziwiona twarz ;)

Teraz, prawie miesiąc po półmaratonie, rzeczywistość wygląda, ekhem, nieco inaczej. W międzyczasie zamuliły mnie góry i spore ilości spożytego wina, czekolady... Biegam nadal, ale głowie dałam odpocząć. Totalny reset. Nie wiem, czy ten odpoczynek pomoże w uzyskaniu dobrego czasu w Obornikach na Biegu Niepodległości, wątpliwości zaczynają mną targać. I powoli zamierzam kończyć to roztrenowanie głowy, bo cele na przyszły sezon się kroją. Zacne. A. Życiówki oczywiście odpuszczam. Same przyjdą :)

niedziela, 30 października 2016

Bajka w kolorze błota. Łemko Maraton.

Beskid Niski. Nie są to moje góry. Wolę Tatry, wolę Karko. Przestrzeń, skały, kosodrzewina, przewyższenia. Nie jarało mnie to błocko, liście, las. Zobaczysz te kolory jesieni, zmienisz zdanie. No dobra. Zobaczyłam kolory, trochę zmieniłam zdanie. Ale i tak wolę Karko. I Tatry. Choć całkiem ładnie tu. Magicznie. Wyjątkowo. Inaczej. Taki trochę koniec świata. Ale to nie zmieniło faktu, że biec mi się średnio chciało. Mocna połówka tydzień wcześniej na własnych śmieciach, to był start, którym się najbardziej jarałam tej jesieni. Start, który poszedł mi powyżej własnych oczekiwań. Byłam zatem przekonana, że organizm mam lekko zajechany. Miałam już poczucie dobrze wykonanej roboty. Przebiec, zaliczyć, przeżyć. Taki był więc cel na Łemko Maraton. W żaden sposób nie mogłam z siebie wykrzesać pazurów do walki. Nie próbowałam nawet. Za to pomalowałam je na kolor błota.


"Zobaczysz, jak wystartujesz to ruszysz z kopyta i będzie ogień". Przyjęłam te słowa z niedowierzaniem. Iee tam, przecież ja w ogóle nie czuje tego Łemko. Nie zapisałam się tam po to, by walczyć o wynik, chciałam jechać na pĄzlot. W ogóle to miał być wstępnie dystans Łemko Trail 30 km, czyli jak to Bo ujęła, Łemko Kids. Jednak pisałam swojego czasu o diabełku, który mnie podkusił do zmian. Zmieniłam dystans z 30. na 48 km. Krótko przed startem żałowałam tej decyzji. Po kiego grzyba mi ten maraton na koniec sezonu. Zupełnie niepotrzebny. Po biegu wszyscy zatem pytali i co, żałujesz, że nie biegłaś dystansu 30km? No way! Po 30. km to ja jeszcze nie czułam, że cokolwiek przebiegłam! Dobrą robotę zrobiłeś, diabełku!

fot. Krasus

Ruszyliśmy z Iwonicza, startowaliśmy w deszczu. W zasadzie to padało cały czas odkąd przyjechaliśmy: dzień przed, w nocy, rano. Pogodziłam się z losem, czyli nastawiałam się, że zmoknę jak nigdy. Zobaczysz, jak wystartujesz to ruszysz... - przepowiednia zaczęła się sprawdzać od pierwszych metrów. Frajda z biegu włączyła się zaraz na samym początku i nie mogłam się pozbyć zacieszu z gęby. Przyjechałaś tu biegać a nie się szczerzyć na prawo i lewo, jeszcze pomyślą, że się opierdalasz na trasie, skoro masz siłę na uśmiech, no ale chyba nie umiem inaczej. Zwłaszcza ostatnimi czasy :) Najwyraźniej jak jestem w swoim żywiole, reaguję śmiechem, a jak jeszcze inne życiowe okoliczności bardzo pomagają, efekt wychodzi taki:


Od początku zaczęłam mocno, nie wiem, czy nie za. Od pierwszych metrów, jak zawsze, musiał mi grać w głowie motyw muzyczny. Tym razem było to Tres B "Something To Forget". Pasowało tak jakoś do tej deszczowej, mglistej, tajemniczej aury i cały czas się przewijało na trasie. Tylko to słyszałam w głowie: It is true, you know it's true, it will drag you down and break your heart, there's a better life for you... 
Oczywiście musiałam zaliczyć syndrom pierwszego zbiegu, podobnie jak w Krynicy. Znajomy lęk, blokada przed puszczeniem się luźno z górki, serce pod gardłem, ścisk w brzuchu, powiązane nogi, obawa, że w kogoś wpadnę. Spokojnie, Mari, później będzie już ok. To tylko pierwszy zbieg, musisz go przeżyć. Przetrwałam go i na kolejnych zbiegach było dużo lepiej. Wyprzedzałam facetów na tym śliskim błocie, aż miło. Przebiegałam przez kałuże i strumienie mając w dupie, że woda przelewa mi się przez buty. Bo czym tu się przejmować. Wiedziałam, że nie ucieknę przez wodą, przed błotem. Ludzie, po co wy się zatrzymujecie przed tymi kałużami, błotem, strumieniami! Na błotowynę przyjechaliście przecież! Im dłużej stoicie w tym błocie, tym bardziej w nim grzęźniecie! Przypomniały mi się jedne z wakacji za dzieciaka, jak po ulewie z bratem i kuzynerią poszliśmy na gruntową, gliniastą drogę, która zamieniła się w błoto i się taplaliśmy w kałużach. Zajebista zabawa, byliśmy po niej tak ugnojeni, że nasze mamy w celu umycia zapędziły nas prosto do jeziora. Pomyślałam, że jak ukończę ten bieg, to będę jeszcze brudniejsza niż wtedy. Ale tu na Łemko było zdecydowanie więcej błota. Tu były różne rodzaje i konsystencje tego błota. Tu w zasadzie, mam wrażenie, poznałam co to błoto. Do tego, z racji, że padało, było mnóstwo wody, która często płynęła sobie strumieniem po szlaku. Woda chlupała w moich butach już gdzieś od drugiego, trzeciego kilometra. I tak już zostało do końca. Błoto, woda, woda, błoto. Błoto klejące się, wciągające, zasysające albo poślizgowe. Błoto wydające chwilami całkiem śmieszne odgłosy. Jakbym rozdeptywała ślimaki lub biegła po folii bąbelkowej. Lub coś w tym rodzaju.

Dobrze, naprawdę dobrze, że nie biegłam łemko Trail 30, bo po 30 km byłam zupełnie świeża, a moje nogi niezmęczone ani błotem ani biegiem. W zasadzie do 32. km czułam się jak nowo narodzona. Tam dopiero wydarzył się zonk, a w zasadzie ktoś na trasie ustawił taki zbieg:



Na tym zbiegu Maria wykonała koncertowy zjazd na dupsku przez kilka metrów w dół, po czym podniosła się na chwilę, żeby znowu upaść prosto w błoto. Resztę tego zbiegu kończyłam chwytając się drzew, obrazek jak w kreskówkach.
Gdy jakimś cudem dotrwałam do końca tego zbiegu, zaczął się dłuższy, łagodniejszy. A na samym dole usłyszałam wrzask. To pĄpkinsi!!! Najukochańsi Kibice <3 

Śmiech na mój widok utwierdził mnie w przekonaniu, że zdecydowanie widać po mnie mój upadek w błoto. Niestety też upadek odebrał mi sporą część pewności siebie. Kawałek dalej był punkt odżywczy, z którego nic nie wzięłam, bo opierdzieliłabym wszystko błotem, a następny kawałek dalej był strumień przy którym się zatrzymałam żeby opłukać chociaż ręce i przede wszystkim zegarek, bo był kupą błota i nie widziałam na nim nic.

fot. Jarosław Kruczek
Po skończonej toalecie w strumieniu zaczęło się mozolne podejście, za którym wyprzedziła mnie Bo, która tego dnia zajęła 2. miejsce wśród kobiet na dystansie 30 km (!!!). Ja niestety traciłam siły i każdy kilometr był dla mnie coraz większym wyzwaniem. Coraz częściej zerkałam na zegarek, nie tyle po to aby kontrolować czas, co odliczać kilometry do końca. Co do czasu, to wiedziałam, że będzie dobry. Lepszy niż oczekiwałam. Zamierzałam pokonać ten maraton w czasie szybszym niż 7. godzin. Dlaczego? Bo podobny dystans biegałam na Maratonie Karkonoskim, co prawda z większym przewyższeniem, ale w łatwiejszych warunkach i mimo wszystko bardziej przyjaznej nawierzchni. Miałam cały czas w pamięci tamten bieg, jak mnie sponiewierał, psychicznie i fizycznie. Moim celem wówczas było zbliżyć się do czasu 6:30, a zejście poniżej 7 godzin traktowałam jako minimum przyzwoitości. Wyszło parę minut powyżej 7... Tamten bieg dał mi w kość, ale jak życie ostatnio pokazało, stał się początkiem czegoś bardzo dobrego :) Teraz Łemko było moją okazją do odreagowania Karkonoskiego. Wiedziałam już, że to się uda. Zegarek sponiewierany błotem pokazywał mi zresztą znacznie milsze informacje - byłam na dobrej drodze do połamania 6 godzin! Choć zaczęło być już ciężko no i głowa po upadku zaczęła ewidentnie siadać. Zaczęło się gadanie ze sobą i tradycyjne już chyba rycz jak musisz, ale biegnij. Choćby nie wiem co, biegnij. Biegnij, Maria, bo zza setek kilometrów płynie do Ciebie wsparcie i nie możesz się tak po prostu poddać! Co potem powiesz za metą, że Ci się odechciało? Że bolało? Każdego tutaj boli! Mocna musisz być, zresztą jesteś! You know one day your dream will tear you apart...

Moment, w którym minęła mnie Joasia to było takie szast prast po policzkach. Przebudziłam się i zaczęłam zmuszać do biegu. Dialogi ze sobą prowadziłam już bardziej zdecydowane, mniej cenzuralne, najczęściej było to "Maria, kurwa, biegnij". "Jebać błoto, brudniejsza już nie będziesz". Tym sposobem odhaczałam kilometr za kilometrem. Mijały strasznie wolno. Musiałam się ostro pilnować, żeby na zegarek nie patrzeć co 200m. W końcu jakimś cudem błoto zamieniło się w asfalt. Było lekko pod górkę, ale jak się, ekhem, pędzi nie dość, że do mety, to jeszcze na złamanie 6 godzin, to wszelkie pokusy przejścia do marszu trzeba było schować bardzo głęboko do kieszeni. W końcu skręt do mety, znów kibicująca ekipa pĄpkinsów <3, ostatnie błoto tego dnia i... META. Po czasie 5:53. Za metą miałam powiedzieć coś do mikrofonu, taki psikus prowadzącego. Najgorsze jest to, że chyba nawet coś powiedziałam, ale nie pamiętam co :) A potem wiadomo, pĄpki :)

fot. Rafał Wybiegany
Po Łemko byłam brudna jak nigdy w życiu. Pąkoszulki niestety nie udało mi się doprać, podobnie jak majtek, no ale wiadomo na czym był zjazd. Plecak był pokryty skorupą błota i problemem było wyjęcie z niego telefonu i innych rzeczy. Strach było mnie tknąć. Byłam jak błotna bomba tykająca. Całe szczęście Krasus miał folię na siedzeniu w aucie, bo inaczej do miejsca noclegu musiałabym pobiec i wyszłoby mi w sumie ładne ultra...

ciuchy PO

A skoro już jesteśmy przy temacie ultra... Choć obiecywałam sobie w przyszłym roku więcej tri, to jednak zanosi się na to, że zrobię jeszcze większy skręt w góry, choć poprzedzony mocnym bieganiem po asfalcie. Tak mnie te góry wessały, bardziej niż błoto na Łemko. Postaram się zachować jakieś resztki rozsądku w planowaniu startów, jednak czuję, że moje ciało jest gotowe na większe obciążenia treningowe, jeżeli chodzi o bieganie. Długie bieganie, góry nie sieją we mnie już takiej demolki. Nogi przyjmują mocniejsze treningi i bieganie w górach jako coś normalnego. Po prostu wstaję i biegnę. Tak jakbym oddychała. Coś naturalnego. Ciągle nie mam dość. Może Rzeźnik w końcu mnie zaspokoi? Trzymajcie kciuki za losowanie, bo decyzja już została podjęta :) Tak, Mari dorosła do Rzeźnika.

niedziela, 2 października 2016

I Półmaraton Puszczy Noteckiej. Motyla noga!

Co mnie podkusiło, żeby się zapisać na te zawody? Pytanie tej treści zadałam sobie chyba milion razy pomiędzy 7. a 18. km biegu, potem to już byłam skoncentrowana wyłącznie na odliczaniu (kilo)metrów do mety. Czysta radość biegania, nie ma co :) ale była i ona. Choć już raczej za metą. Zdecydowanie ZA. Bo przed było ómieranie i mały akt złości ;)


fot. Daniel Musiał

Pierwszy raz na zawodach prezentowałam podwójne barwy, bo i Smashing Pąpkins i Klubu Biegacza Szamotuły. I tak już pewnie pozostanie :) I właśnie z Klubem tego dnia na zawody pojechałam i miły dzień spędziłam (dzięki!<3). Oczywiście nie ma zawodów bez przewodniego motywu muzycznego. Kurde, no musi być taki utwór, który mimo oporu wewnętrznego wejdzie człowiekowi w mózg i odbije się na którymś kilometrze zawodów. Utwór, którym mnie zarażono podczas dojazdu na zawody. Chodzi za mną do teraz, nie mogę się go pozbyć z głowy. Tu, słuchajcie: <Sylwia Grzeszczak> Takie klimaty ;)

Na starcie ustawiłam się koło Mileny z Wronieckiego Klubu Biegacza, która biega po lesie jak sarna. Początkowo planowałam mieć Milę w zasięgu wzroku ;) Pierwsze kilometry to było jak spuszczenie się z łańcucha i uczucie "łojezu, jak mi się lekko biegnie". "Motyle widzę pomagają!" ktoś mnie zagad, no czy pomagają to się, hihi, okaże przed metą, odpowiedziała Mari, której jeszcze się fajnie biegło i było, hihi, do śmiechu.
Flow trwał do momentu, w którym zaczęły się pierwsze konkretne górki. Trasa miała profil jak koło zębate, choć było sporo płaskich odcinków, ale jak już się trafiła góra, to była góra konkret. Jak chcesz zaraz umrzeć, biegnij za Milą dalej... Taka myśl w mej głowie. W końcu, chyba rozsądnie, postanowiłam jednak stracić Milę z oczu. I coraz więcej kosztowała mnie walka o utrzymanie tempa z '5' na początku.

W okolicach 8. km poczułam że będę musiała wciągnąć żel, który w ostatniej chwili zdecydowałam się zabrać ze sobą. Czułam, jak ulatuje ze mnie moc. Bieg wysysał ze mnie wszelką energię, wiedziałam, że mimo kompletnie przyblokowanego żołądka będę musiała coś wszamać, inaczej oklapnę do reszty. W myślach zatem powoli przygotowywałam żołądek na przyjęcie kalorii.

A w końcu i tak, mimo przyjętego przez żołądek żelu, cała oklapłam, a górki mnie jedna za drugą coraz bardziej dobijały. Już nawet nie próbowałam się z nimi szarpać, po prostu szłam pod. Na zbiegach próbowałam odrabiać i tym sposobem odezwała się łydka, którą sobie załatwiłam łażąc po Tatrach, razem z kostką. Czułam, że ból się budzi i do mety zapewne da o sobie bardziej znać.


fot. Daniel Musiał
Gdy sobie umierałam za górce numer milion w okolicach 13km, usłyszałam "nie wiedziałam że motyle tak szybko potrafią biegać!". He, he. 'Motyle właśnie spuchły', odpowiedziałam, sapiąc jak lokomotywa. Pan okazał się bardzo rozmowny, na tyle, że zagospodarował mi czas dwóch kolejnych kilometrów. Początkowo chciałam się tego pana trzymać, na zasadzie, że szybciej na gadaniu przeleci czas i nie będę myśleć o zmęczeniu. Dowiedziałam się przy okazji, że pan ma wnuki, w jakich biegach brał i bierze udział oraz poznałam historię jednego triathlonu, w którym walczył o trzecie miejsce, żeby nie wylądować na najgorszym dla sportowca, czwartym, panu się walka udała :) 

W okolicach 15. km poczułam, że rozmowa mi przestaje pomagać i kombinowałam jak się z tej konwersacji wykaraskać. Na szczęście w zasięgu pana pojawiła się inna żeńska ofiara, więc ja cichcem się oddaliłam. Miałam chwilowy przypływ siły i postanowiłam to wykorzystać. Wykorzystałam tak dobrze na jednym ze zbiegów, że łydka rozbolała do reszty, czułam ją przy każdym uderzeniu stopą o ziemię. Kurde, pięknie widzę ten Maraton Łemko, wkurzałam się pod nosem, no ale co zrobić, trzeba było biec. Choć miałam wrażenie, że już nie biegnę, tylko człapię. Miałam ochotę się zatrzymać i iść. A pod górkę to nawet iść nie miałam siły.  

W głowie się odezwała, a w zasadzie zaśpiewała Tamta Dziewczyna. O-na-nie-chce-być. Taakasamajakja. O noł. Już chyba wolałabym Bombonierkę Turnaua. 17. km... Dopiero? Matko, jeszcze 4 zostały. 18... I tak do samej mety. Odmierzanie po kilometrze. Potem jak stuknął 19, to już co 100m na zegarek zerkałam. No gdzie ten cholerny 20! Już powoli słyszałam metę. Tak blisko, a jednocześnie tak daleko... Jezu, niech ktoś te metry poskraca. Wypadłam z lasu na polanę i meta się zmaterializowała. Jest tam. Stoi. To chyba ona. Spięłam się już resztką sił na finisz. 

Usłyszałam swoje imię i nazwisko i że czwarta kobieta na mecie półmaratonu. Chwila, chwila. Czwarta?? No to ładnie mi pan na trasie przepowiedział. A ja oczywiście musiałam dać upust emocjom, krzycząc coś pod nosem. Nooo. Motyle też przeklinają. Czasami okropnie. Bynajmniej nie była to 'motyla noga'. Próbuję nad tym panować, ale czasami się po prostu nie da. W każdym razie moje 'kurwa' zostało wyłapane przez spikera i słyszę ciąg dalszy "oj, chyba pani nie jest zadowolona ze swojego czwartego miejsca, ale są jeszcze kategorie wiekowe..." Koniec. Czas 1:55:26. I nie trzeba już dłużej biec. Ufff...:)

Za metą wpadłyśmy na siebie z Milą, która była trzecią kobietą i przybiegła jakieś 3 minuty wcześniej ode mnie. Mila, ogromne gratulacje! :) A do mnie dotarło w końcu, że właśnie odwaliłam kawał całkiem dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty, że przecież przed biegiem to czwarte miejsce przyjęłabym z niedowierzaniem i w ciemno! Zwłaszcza, że nie startowało jedyne 10 kobiet ;) Więc jak zeszło ze mnie zmęczenie, włączył się zaciesz :) I definitywny koniec pytań w głowie, co mnie podkusiło, żeby się zapisać na te zawody. Zdecydowanie warto było.

Motyla noga, choć boląca, doczekała się podium. Ledwo się wdrapała na pieniek, ale otrzymała piękną statuetkę. Sowę. I pełną torbę smakołyków od Primavika, wszystkie w wersji wege!

https://www.facebook.com/maratonpuszczynoteckiej
A teraz co do kostki i łydki: mam (zarządzoną przez fizjo) bezwględną przerwę od biegania, niedługą, ale jednak... Wciąż mam nadzieję, że to tylko chwilowe przeciążenie i za chwilę wszystko wróci na dobre tory. Szkoda by było nie wykorzystać tego przypływu mocy, który się zaczął w Krynicy...

A żebyście do końca wiedzieli, o co chodziło z tymi motylami, które podobno tak mi pomagają... :)






środa, 14 września 2016

Burza w Krynicy i zbiegi po turecku.

Relację z tego biegu miałam zacząć od zdania "pewnego dnia zamarzyło mi się spróbować ultra". Jednak gdzieś tam po drodze się z tego marzenia wycofałam i powołując się na zdrowy rozsądek zamieniłam dystans, który miałam biec początkowo - z 64km na 'jedyne' 34km. Oczywiście w pewnym momencie zaczęłam żałować tej zmiany zdania, bo czułam, że nogi i w zasadzie cała ja jesteśmy w całkiem niezłej formie, głodne biegania, i że stać nas na więcej niż by się mogło jeszcze miesiąc temu wydawać. Stając więc na starcie Biegu 7 Dolin na dystansie 34 km miałam jedno postanowienie: odpalić ogień z dupy na maksa. Zero asekuracji. Zero oszczędzania nóg. Zero odpuszczania sobie. Od początku ruszyć ostro i do samego końca dawać z siebie wszystko. Skoro nie zmęczę się na długim dystansie to trzeba z krótkiego wyciągnąć, co się da. Przecież nie przyjechałam tu na wycieczkę po górach! Przyjechałam sprawdzić, na ile mnie stać, udowodnić przede wszystkim sobie, że jednak z górami mi po drodze. Przyjechałam oswajać się z bólem, po to, bym była na niego gotowa jak zdecyduje się kiedyś na dłuższy dystans. Przyjechałam po to, by pobiegać w końcu po innych górach niż Karko. No i nabierać wprawy na zbiegach przyjechałam, bo nie były moją mocną stroną. Do soboty...

fot. Kasia K.


W tym roku drugi raz przyszło nam startować z Kaśką. Tym razem miałyśmy zajebisty hymn tego wyjazdu i startu - posłuchajcie, o tu, koniecznie, jeżeli tego wcześniej nie zrobiliście <klik> a może się jeszcze czegoś po turecku nauczycie. My z Kasią już umiemy. Świetnie wręcz. Cały pobyt w Krynicy to przerabiałyśmy. Zapewne sobie już wyobrażacie, co przerabiali z nami nasi współlokatorzy ;) Jednak ten turecki się bardzo na zbiegach przydaje. Ale to zaraz. Bo należało by zacząć od początku.

gdybyśmy miały z Kasią wspólne konto na FB, to by było nasze profilowe!

Stanęłyśmy z Kaś na starcie w Piwnicznej punkt w południe. Lampa tego dnia była wyjątkowo aktywna, wysoka temperatura nie ułatwiała sprawy. Ubiór zdecydowanie letni i dużo picia wskazane. Organizator puszczał nas falami, bo na początku trasy było dość wąsko, a miało teoretycznie startować 1100 osób. Fale od 1 do 4, wedle stopnia zaawansowania i formy. Ową formę należało ocenić indywidualnie i samemu zdecydować, w której fali się startuje. Poszłam do fali nr 2, mimo że Kasia mnie trochę podpuszczała, że do tej najsilniejszej, nr 1, mam iść.

Bieg zaczął się od razu dość mocnym i krótkim podejściem, głównie po betonowych, potrzaskanych dziurkaczem gigantem, płytach betonowych. Wzięłam dodatkowe izo do ręki i po chwili butelka była pusta. Pot lał się ze mnie strumieniami. Pewne było, że będzie ciężko. Ktoś to trafnie określił - piekarnik. Czułam jak od tego gorąca kręci mi się w głowie i słabnę. Pojawiały się te niedobre myśli o odpuszczeniu sobie walki o czas i zrobieniu tego na spokojnie. 

Po chwili zaczął się bardzo ostry zbieg, a mnie na nim kompletnie przyblokowało. Nie umiałam się puścić luzem, było jeszcze dość ciasno na trasie, bałam się, że w kogoś wbiegnę, za dużo kombinowania byłoby z wymijaniem ludzi, poza tym nie umiałam jeszcze zaufać moim nowym butom, Salomonom, które okazały się być najlepszym wyborem tego dnia. Miałam tego zbiegu tak serdecznie dość, że jak się, ufff, wreszcie skończył, to pomyślałam 'nareszcie' po czym, oczywiście, co robi Mari w górach częściej niż zwykle? Tak, poryczałam się. Puścił nerw. Na szczęście to była tylko chwilowa załamka. Załamka, która przeszła w oka mgnieniu, jak trzeba było znów przez jakieś 3km zasuwać pod górę. 

A czy ja wspomniałam coś na temat kijków? No właśnie nie, bo tym razem ich nie zabrałam. Po doświadczeniach na Maratonie Karkonoskim postanowiłam zostać z nimi w separacji. I powiem Wam tyle, że okazało się to być równie dobrym wyborem, co ubranie Salomonów. Czułam się bez kijów o wiele swobodniejsza, nie blokowały mnie na zbiegach, ani nie przeszkadzały na fragmentach góra - dół. A w końcu znów zaczęło być 'w dół'. Ruszyłam powoli. Potem coraz szybciej i szybciej. Powtarzałam sobie w głowie 'wyluzuj, umiesz to, nie masz się czego bać, masz to przecież przećwiczone". W końcu w głowie zagrał hymn wyjazdu. A najczęściej powtarzała się "turecka" część refrenu w wykonaniu Andrusa. Blokada puściła. Ja też się puściłam i rozpędziłam na dobre. Jeeest, umiesz to!!! Dzika bestio Tyyy!!!! Aaaaa aaa aaa aaa!!! Odkryłam w końcu, jak zajebiście przyczepne są moje Salomony. Zaufałam im, moim nogom też. Wyprzedzałam, aż miło. Głównie facetów, ale jak się trafiła jakaś dziewczyna to miałam podwójny zaciesz. Na końcu tego zbiegu już nie ryczałam :) 

Te oto buciki mi bardzo pomogły na zbiegach. Zapewniam, że już nie są takie czyste ;)
Potem zaczął się żmudny asfaltowy odcinek do Wierchomli. Gorąco jak w piekarniku, picia już prawie nie miałam, czułam jak powoli odcina mi prąd. Nic jeszcze nie zjadłam, zaczęłam tłumaczyć temu żołądku, który chętny na jedzenie nie był, że jednak coś będzie musiał przyjąć, bez odrzucania. Ponieważ było lekko pod górkę, obrałam taktykę 50 na 50, którą przećwiczyłam sobie dwa tygodnie wcześniej w Karko, choć czasami to było 30 na 30, a czasami 100 na 100. Czyli 50 kroków biegnę, 50 kroków mocno idę. Okazało się to być strzałem w dziesiątkę, bo biegnąc zyskałam tempo, a gdy szłam odpoczywały nogi. Takie to, hihi, sprytne ;)

Gdy dotarłam do punktu odżywczego na 11. km, wolontariuszka dała mi colę, a ja bez zastanowienia wypiłam ją duszkiem. To momentalnie postawiło mnie na nogi. Na punkcie byłam bardzo krótko, w zasadzie tylko (nazywajmy rzeczy po imieniu) wychlałam colę i uzupełniłam bidony. Jedzenie wzięłam w łapę, a pochomikowane w plecaku i kieszonkach spódniczki żele jadłam już później na podejściach. Cola zrobiła robotę, bo nie dość, że dzięki niej odzyskałam siły, to rozruszała mój żołądek, który w końcu zaczął przyjmować jedzenie (a ostatecznie weszło tego sporo ;)).

A za Wierchomlą zaczęło się podejście najtrudniejsze tego dnia, bo nie dość, że strome, to upierdliwie długie. Znów musiałam być ostrożna z piciem, traciłam dużo wody. Jednak ta cola wypita na punkcie dała mi solidny zastrzyk energii, dzięki któremu podejście pokonałam bez większych kryzysów. Po prostu mozolnie człapałam w górę, nie spinałam się tu akurat wyjątkowo, głos rozsądku podpowiadał mi, żeby nogi oszczędzić na później. Ktoś szedł w drugą stronę i mówił "jeszcze 1800m" będzie pod górę, a potem już zbieg. Miałam ochotę, nie wiem czemu, wyściskać tego człowieka za tę informację, może dlatego, że wcześniej to podejście wydawało się być nieskończone, a tu miła niespodzianka, ono jednak koniec będzie miało. Innej przechodzącej obok grupce ludzi miałam ochotę powyrywać z rąk i wychlać piwo, które akurat ze sobą nieśli. Normalnie nie przepadam, ale gdyby mnie ktoś wtedy poczęstował, rzuciłabym się wręcz.
A gdy zaczął się zbieg, znów powoli, potem coraz szybciej i szybciej, z tureckim śpiewem Artura Andrusa w głowie (aha-aaaa-aaaha-ahaaha-aaaa!), pędziłam znów jak szalona w dół, panowie sami się odsuwali z drogi. Tym sposobem dotarłam do punktu odżywczego na 17km. Tam znów napiłam się coli z blaszanego kubka, z którego pewnie piło jakieś 1000 osób przede mną, wolontariusz uzupełnił mi bidony, poleciałam dalej. Choć 'poleciałam' to może zbyt duże słowo...

Zaczął się fragment mozolnego, niezbyt stromego podejścia z gatunku tych "za płasko by iść, za stromo by biec". Znów taktyka 50 na 50. W międzyczasie, jakoś zaraz za półmetkiem mimochodem (brawo Mari czuwająca!) skontrolowałam zegarek. Zobaczyłam swój czas na półmetku ok. 2:25 (chyba)(na pewno poniżej 2:30) dotarło do mnie, że połamanie 5 godzin mam w zasięgu nóg. Nie wolno mi pod żadnym pozorem tego odpuścić, wbiłam sobie do głowy. Ale do 25. km musiałam powalczyć z podejściem. Niezbyt stromym, ale całego biegiem się wziąć nie dało. Tryb 50 na 50, nic innego nie wchodziło w grę. Czasami liczyłam sobie te kroki pod nosem, musiało to zabawnie wyglądać ;) Coraz uważniej przyglądałam się innym dziewczynom na trasie (nie sądziłam, że mnie ta choroba dopadnie, a jednak), te z zielonym numerem startowym starałam się wyprzedzać (zielony oznaczał dystans 34km), a jeżeli mnie jakaś wyprzedziła, starannie zapamiętywałam jej ubiór, żeby potem łyknąć na zbiegu. Nie przewidziałabym tego wcześniej, że tego dnia będę mocniejsza na zbiegach!

W końcu 25. km i ostatni punkt odżywczy. A potem miał być już zbieg do mety z małymi podbiegami po drodze.  Ostatnie kilometry to też częsty widok nieziemsko zmęczonych twarzy tych, co biegli na 100km... Było mi głupio koło nich z takimi świeżymi nogami przemykać, choć wiem, że to po prostu było naturalne. Gdybym sama biegła 64km, taktykę 50 na 50 i szalone zbieganie schowałabym głęboko do kieszeni. Cisnęłam na maksa, bo wiedziałam, że dystansem nóg nie zmęczę. Kontrolowałam czas i widziałam, że 5 godzin połamię bez problemu, że w zasadzie mogłabym już odpuścić tę pogoń... tylko po co? Walka z samą sobą jest zajebista! No i nie ukrywam, wyprzedzanie na trasie sprawiało mi wielką frajdę. Trzy dziewczyny wyprzedziły mnie na podejściu, więc trzeba było je dogonić. Więc jak tylko zaczęło być z górki, puściłam się galopem. Minęłam tabliczkę z oznaczeniem 5 km do mety. Rzut okiem na zegarek i... zaraz, zaraz! Mi tu dopiero co 4 godziny na trasie stuknęły, a do końca zostało jedyne 5km? Eeee... 4:30?! Na myśl o wyniku, który mnie czekał na mecie, zrobiłam to, co Mari robi w górach. Wiecie już co :) W zasadzie przez te ostatnie kilometry co chwilę śmiałam się przez łzy. Uwielbiam właśnie takie łzy, które pojawiają się w momencie osiągania czegoś, co nam się nie śniło, jak wreszcie po czasie prób i błędów ni stąd ni zowąd pojawiają się efekty ciężkiej, treningowej pracy, która w połączeniu z uporem i determinacją,  pewnie niejedno jeszcze przyniesie. Ale, ups, nagle zbieg mi się skończył. I to zaraz po tym, jak wyprzedziłam jedną dziewczynę. I ona mnie teraz pod górkę na pewno wyprzedzi, jak będę pod nią szła... Szła? No biegnijże, Mario! No weźże, ejże. To już końcówka! W trupa moja droga! Do bólu, do porzygu, ale biegnij! No więc biegłam, choć te ostatnie kilometry już naprawdę do najprzyjemniejszych nie należały. Ale tę w różowym i jeszcze taką jedną w czarnym wyprzedziłam. 

Usłyszałam wrzawę na dole, cała Krynica huczała, spikera głos niósł się w górę. A ja w końcu wypadłam z krzaczorów na krynicki asfalt. I wiecie co? Tak jak wcześniej męczyła mnie ta festiwalowa atmosfera, te tłumy, przytłaczała skala imprezy, to w momencie, gdy biegłam ulicami Krynicy, gdy znalazłam się w samym centrum tej wrzawy, diametralnie zmieniłam zdanie. Byłam gotowa przekroczyć samą siebie i biec ile sił do mety, choć naprawdę byłam śmiertelnie zmęczona i już bolało mnie wszystko. Finisz po deptaku był tak długi, że zdążyłam się rozpędzić do tempa, hihi, 4:15 :) A momentu przekroczenia linii mety nie pamiętam. Dopiero na zdjęciu zobaczyłam, że robię jakiś dziwny skok na główkę.

fot. STS Timing

Potem po prostu usiadłam. Dobrą chwilę siedziałam i próbowałam uwierzyć w czas, który pokazywał mi zegarek - 4:27!!! Potem zobaczyłam Damiana z Bartkiem, więc podeszłam na chwilę. A potem znów usiadłam, żeby wyjąć z buta chipa, przy okazji poleżałam, obaliłam duszkiem Leszka Free, którego dostałam na mecie. A potem zgarnęła mnie Kasia z gRUNwald team'u, z którym przyszło mi mieszkać i dobrze bawić się w Krynicy ;) 

pĄpaski po dłuższej chwili, ale były! fot. Kasia K.
Moja Krynica w liczbach wygląda tak: 101 miejsce open (na ok. 660 startujących) i 17 wśród kobiet, 9. miejsce w kategorii K30. Wiem, że jest. kurde, dobrze. Ale czas świętowania i upajania wynikiem się skończył. Teraz siedzę sobie jeszcze w Zako, łażę po Tatrach (mało mi przewyższeń ;)), odpoczywam, ale głównie od pracy zawodowej, bo tej w ostatnich miesiącach było u mnie dużo za dużo. Nie zabawię tu długo, bo jutro ostatni dzień... Ale przyznam się, że nawet zaczęłam tęsknić za Szamo, hehe, nie sądziłam że to napiszę kiedykolwiek, a jednak ;) Nie przeraża mnie fakt, że na biurku czeka sterta papierów, że powoli muszę organizować przeprowadzkę. Sporo rzeczy sobie w głowie poukładałam w ciągu ostatnich miesięcy, i wszelkie trudności, od których kiedyś bym uciekała, teraz traktuję jak wyzwanie. Jaram się na trenowanie, teraz głównie biegania, nie mogę się doczekać kręcenia interwałów po płaskim, podbiegów z myślą już o Łemko. No właśnie, Łemko! Oj, mocno wezmę się do roboty. Bo czuję, że jeszcze sporo takich Krynic przede mną!

środa, 31 sierpnia 2016

Projesienne (i nie tylko) zapędy.

Ile ja razy obiecywałam sobie, że częściej będę tu zaglądać, regularnie pisać (w sensie, że regularnie raz na tydzień, a nie raz na miesiąc), że w ogóle zadbam bardziej o bloga, że domenę mu własną sprawię, grafikę inną, że będzie ładniej, czytelniej, ciekawiej. Ch... w tym kierunku zrobiłam.


Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś coś w tym temacie ogarnę. Teraz ogarnęłam w końcu moje plany na jesień. Nie są jakieś elektryzujące, ale za to w miarę realne i co najważniejsze, wymagają ode mnie pracy, czyli nie pójdę po najniższej linii oporu, jednocześnie wymagają też zwiększonej dbałości o regenerację, bo obudziło się ono, czyli lewe pasmo. Nie jest źle, ale uważać muszę, pilnować rozciągania i rolowania.  



W głowie powoli porządkują się pomysły na rok przyszły, a raczej już były w miarę uporządkowane. Były, bo postanowiłam pojechać w góry i mi znów się pomieszało w głowie... Niemniej, ogólne plany, cele i założenia mam, i chcę się konsekwentnie ich trzymać, dopóki mi zdrowie i czas pozwolą. Natomiast w tym roku jeszcze czekają mnie:

1. KRYNICA.
Już jakiś czas temu ogłosiłam na fb, że podjęłam decyzję o skróceniu dystansu i pobiegnięciu "jedynych" 34km (zamiast 64km). Nie ukrywam, miałam momenty pożałowania tej decyzji, zwłaszcza po długich wybieganiach po lesie, na których odzyskałam w końcu tempo i lekkość, ale najbardziej pożałowałam tej decyzji w ostatn sobotę, kiedy to postanowiłam sobie zrobić długie wybieganie po górach i biegło mi się tak lekko, tak fajnie, gdy mając ponad 30km na liczniku czułam, że mogłabym biec dalej i dalej, że jakieś takie niedobiegane po wszystkim te moje nogi, że za mało bolą, że tylko liznęłam te góry, że jakoś dziwnie mało mnie te góry zdemolowały, że chyba już rozumiem 'dlaczego ultra', po prostu mało i krótko po górach się nie da, aby się nimi nasycić w pełni. Normalnie syndrom, nie powiem, czego... Niemniej patrząc "trzeźwo w przyszłość", decyzja o skróceniu dystansu w Krynicy ma sens, bo powinnam (mam nadzieję) w miarę szybko się zregenerować po biegu, moje pasmo też zdecydowanie woli dystans 34 zamiast 64, ale przede wszystkim z Krynicy mam zamiar udać się na długo wyczekiwany urlop w Tatry i chciałabym mieć w miarę "zdatne" nogi. A po powrocie z Tater chciałabym mieć nadal nózie zdatne, bo czekają mnie dwie połówki :) 

2. PÓŁMARATON PUSZCZY NOTECKIEJ
Rok temu miałam tu biec pełen maraton, ale plany pokrzyżowała mi kontuzja. W tym roku poszalejemy jeszcze z innym maratonem ;) więc tu przebiegnę sobie jedną pętelkę, czyli połówkę. Postaram się pobiec naprawdę spokojnie i potraktować to jako jedno z długich wybiegań przez Łemkowyną. 

2. SAMSUNG PÓŁMARATON SZAMOTUŁY
Piszę to otwarcie, żeby już nie mieć odwrotu od tego, co się publicznie powiedziało: chcę w końcu wrócić na asfalt, do ciut szybszego biegania. Na razie to będzie taki mały powrót żeby sprawdzić 'wyjściowy stan formy' przed wiosną 2017. A że moja życiówka w półmaratonie 1:45:04 ma już 2 i pół roku, i już znudziło mi się patrzenie na nią, to chciałabym się w końcu z nią rozprawić. To będzie w sumie już trzecia próba. Nie mam pojęcia, czy się uda. Ale może inaczej: jak głowa zadziała, to się uda :) Będę się cieszyła, jeżeli chociaż te 5 sekund urwę ;) A potem będę miała aż caaałe sześć dni na regenerację, bo tydzień później jest...

3. ŁEMKOWYNA
Tak, wiem, jestem mistrzynią w układaniu sobie tych startów tydzień po tygodniu, ale zjazdu rurzowego kartelu i biegu górskiego w pięknej, jesiennej scenerii, pełnej błota, to odpuścić nie mogłam. Na wstępie wykazałam się rozsądkiem i zapisałam się na dystans najkrótszy, bo 30km. Jednak diabełek usiadł na ramieniu. Najpierw tylko siedział i kopał nogami, wyczuwałam jego obecność, jednak ignorowałam. Po pewnym czasie włączył swoje diabelskie podszepty. Delikatne, ale już mąciły mi w głowie. Sączył, paskud, do ucha: "30km, co to dla Ciebie, jak już biec, to taki dystans, który poczujesz". Który poczujesz. Coraz częściej dopuszczałam do siebie opcję pobiegnięcia maratonu. Taki dystans bym poczuła. Po ostatnim weekendzie w górach podszepty nasiliły się, a ja cóż... Uległam, no po chcę jednak poczuć. Choćbym miała znów paznokcia stracić ;) Napisałam do orgów maila w sprawie zmiany dystansu i tym sposobem znalazłam się na liście maratonu. Ech. No to poczuję. Nieuleczalne to chyba, ale co nie nabiegam w Krynicy to dokręcę na Łemko. Dobrze, że na dystansie 70km nie było już miejsc, bo ten na ramieniu dopiero by mi mącił... I bym poczuła aż nadto ;)

4. BIEG NIEPODLEGŁOŚCI

Rok temu kibicowałam Tacie w Obornikach i obiecałam sobie, że za rok w tym miejscu biegnę. No więc pobiegnę w Obo. i pewnie decyzja w tym temacie się jeszcze pisiont razy zmieni, ale jak poradzę sobie z życiówką w Szamo, przeżyję Łemko, pasmo nie oszaleje, to tu też postaram się poprawić życiówkę na dyszce. Potem zostanie mi tylko układać w szczegółach rok 2017.
I przy okazji ogarnąć m. in. podwójną przeprowadzkę, wymianę auta, roweru i sprawy zawodowe ;) Daaamy radę ;)


Nie mam jeszcze (bardzo) skonkretyzowanych planów na rok 2017. Jak już wspomniałam, wstępna koncepcja w głowie była, ale mi góry zamieszały. Jednak cały czas jestem pewna jednego: zachciało mi się maratonu po asfalcie i... życiówki. Zachciało mi się też triathlonu, najlepiej dystansu 1/2 IM, ale tu sporo zależy od tego, jak mi się poukładają sprawy zawodowe. No i góry. Będą, ale raczej w drugiej części roku i wtedy może coś dłuższego niż 50 km :) Ale przede wszystkim to marzy mi się powrót do samodyscypliny, ciężkiej pracy, trenowania. Zatęskniłam. Ciało wykazuje gotowość (no może z wyjątkiem lewego pasma). Ale przede wszystkim to głowa wróciła na dawne miejsce. No i... głodna jestem. Bardzo nawet :) 



PS A z tym blogiem, to serio serio, coś pomyślę! Ale przede wszystkim postaram się częściej pisać :)  

PPS Powinnam jeszcze wspomnieć na temat ostatniego weekendu, kiedy to miałam przebiec trasę z Szklarskiej Poręby do Świeradowa Zdroju (oczywiście górami) no i... zamiast w Świeradowie wybiegłam z powrotem w Szklarskiej, bo... popierdzieliłam trasę w Jakuszycach. Ale chyba lepiej nie wspominać. Grażyna biegania po górach, Grażyna orientacji... Fstyt.

 

niedziela, 10 lipca 2016

Maraton Karkonoski. W paszczy wilka.

Myślami wracałam do momentu, w którym popełniłam zapis na ten bieg. Jesień zeszłego roku. Moment nie najlepszy pod różnymi względami, ogólnie rzecz ujmując. Czasami tak jest, że wali się wszystko, na każdym froncie. Że trzeba podejmować trudne decyzje i działać mimo totalnego braku sił. Na domiar złego nie mogłam biegać i nie wiedziałam (nikt nie wiedział) jak długo to będzie trwało. A potrzebowałam tego biegania wówczas jak nigdy. Mimo tego całego pesymizmu gdzieś głęboko we mnie tliła się malutka nadzieja, która kazała dalej marzyć i snuć plany. Nieśmiało obierałam w głowie cele, wsłuchując się w muzykę z Gladiatora, po cichu wierząc, że może jednak uda się je zrealizować. I jednym z objawów tej nadziei było zapisanie się na Maraton Karkonoski - bieg górski na dystansie 46km z przewyższeniem ok. 2000m. A w momencie zapisu marzyłam o bezbolesnym przebiegnięciu 4,6km po płaskim...



Pół roku później, zupełnie inna ja, stanęłam na starcie tego biegu, mając wciąż w głowie muzykę z Gladiatora. Słuchałam jej na okrągło przed startem. I przez cały czas trwania tego masakrycznego jak się potem okazało dla mnie biegu grała mi w głowie. Mało co z zewnątrz do mnie docierało, w głowie z zadziwiającą czystością przewijały mi się dźwięki tego utworu. Byłam skoncentrowana i wyłączona jak chyba jeszcze nigdy. Obraz, który mi utkwił w głowie, który najbardziej zapamiętam z tego biegu, to ścieżka kamieni. Kamienie, kamienie, kamienie. A potem jeszcze kamienie. Tu głaz, który nie wiadomo jak obejść. Inny z kolei się lekko rusza. A tamten to taki koci łeb, uważaj na stopy, one mają już zdecydowanie dość. Pulsujący z bólu palec u prawej nogi. I te dźwięki w głowie... Gladiator... Biegnij, Gladiatorko! Z mało kim zamieniałam zdanie, nie szukałam kontaktu wzrokowego z innymi zawodnikami. Chciałam po prostu biec do przodu, nieważne jak, ale biec. Wtopić się w te góry. I pobyć przez pewien czas z najprawdziwszą 'sobą' jakkolwiek grafomanią to teraz zajechało. Ale tak to było właśnie...


Te zawody były zdecydowanie inne niż wszystkie, tym razem na mecie nikt nie czekał. Znów życie zatoczyło koło. Znów punkt wyjścia. Poczucie sy dawało mi to, że skoro wybrnęłam cało z tego wszystkiego, co działo się jesienią zeszłego roku, to chyba jakoś dam radę z tym biegiem. "Jesteś mocniejsza niż Ci się wydaje", napisała mi przed startem Ala, a ja powtarzałam to jak mantrę. I wierzyłam w to, bo już zdążyłam sobie to udowodnić, że z niejednym kryzysem, nie tyle na trasie, co w życiu, umiem sobie poradzić. Razem ze mną była tam Kasia. Kasia o swoich przygodach opowiedziała tu <klik> i gdy ja kończyłam bieg, Kasia była w zupełnie innym miejscu. Zeszła z trasy za Śnieżką i PKS - em wracała z Karpacza. Podziwiam Kaśkę za jaja, bo takowe trzeba mieć, żeby podjąć decyzję o zejściu z trasy, gdy się ma ponad połowę jej długości za sobą.

Dreszczyku przed startem dostarczały nam prognozy pogody, na czas biegu we wszystkich zgodnie przepowiadano burze. Jakieś zrządzenie losu sprawiło, że te burze się nieco odsunęły w czasie. W momencie startu było dość ciepło i słonecznie. Jeżeli chodzi o strój startowy, to nie miałam wątpliwości, w co się ubrać. W zasadzie to żaden pĄpkins nie powinien mieć nigdy takich wątpliwości. Wybór jest przecież Jedyny. Oczywisty.

W końcu wataha ruszyła, biegiem pod górkę! Kto to widział start pod górkę! Na domiar złego wszyscy biegli ;) Żeby nie było, to też jakieś 200-300m przetruchtałam, potem przeszłam do marszu. Kije poszły w ruch.


forza! tu się obie z Kaśką załapałyśmy :) (fotomaraton.pl)

Pierwsze podejście wzdłuż kolejki na Szrenicę było dość przyjemne, bo po trawie. Potem zaczęły się kamienie. Kamienie miały w tym biegu najwięcej do powiedzenia. Raz, że lubiły pomiędzy nimi zakleszczać się końcówki kijków, co doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Dwa, że po prostu - stopy męczyły się na nich niemiłosiernie. Dostawały w kość z każdym krokiem coraz bardziej. 
Kijki skończyły mi pomagać za Łabskim Szczytem.  Potem przeważnie mówiłam na nie brzydko - 'jebańczyki'. Przez większość czasu, delikatnie mówiąc, przeszkadzały. Wiedząc już teraz więcej na temat trasy, po prostu bym ich nie wzięła. Ale wróćmy jeszcze na chwilę do pierwszego podejścia. Na dzień dobry trzeba było pokonać 6,5km i 800m w górę w czasie 1h:20. Tu maraton pogroził mi paluszkiem po raz pierwszy, bo, oj, oj, zrobiłam to w czasie 1h:13, czyli niedużo przez limitem. Wtedy do mnie dotarło, że zamiar pokonania trasy w czasie poniżej 7 godzin może być nieco na wyrost. Myślałam też o Kaśce, czy dała radę zmieścić się w limicie, wiedziałam, że została z tyłu.

pod Łabskim Szczytem gdzieś... (fotomaraton.pl)

Gdy minęłam górną stację kolejki na Szrenicę, zaczęła się stara, dobra, znajoma droga na Śnieżne Koteły. Rok temu zakochałam się w tym miejscu. Tu człowiek nie zastanawia się, czy biec. Tu się po prostu biegnie. Taki zew natury. Hyc, hyc, z kamyka na kamień. W pierwszą stronę to jeszcze całkiem przyjemne. Niestety w takim skupieniu biegłam, że Śnieżnych Kotełów w ogóle nie widziałam. Moja uwaga skupiała się na coraz większych kamieniach, po których trzeba było teraz lecieć w dół. Miałam klapy na oczach jak koń i ledwo dostrzegłam pana z aparatem (jak się potem domyśliłam, z Ultralovers), który robił zdjęcia i krzyczał "ooo pĄpkins, pĄpkujemy, pĄpkujemy!" Różowy kartel się robi coraz bardziej rozpoznawalny :)


pĄpkujemy, pĄpkujemy! fot. Jacek Deneka

Szybko zleciała mi trasa od Śnieżnych Kotełów do Łabskiego Szczytu, a potem do Spindlerovej Boudy. Stopy mogły chwilę odpocząć na zbiegu po asfaltowej drodze w kierunku schroniska. To był mój najszybszy kilometr (5:09). Pamiętam z tego miejsca pewną kibicującą panią, która na mój widok wykrzyczała "o jak pani ładnie biegnie, jak kozica". Hehe, chyba wyjątkowo dobry moment miałam.

Jedna rzecz się nie zmieniła od czasu Śnieżki - dobrze sobie radzę i wyprzedzam na podejściach. Nie rwę tempa, nie pędzę jak dzika, po prostu idę swoim tempem, a i tak wyprzedzam. Może to zasługa kijów, które tak strasznie tego dnia przeklinałam. Bo gdy za Spindlerową Boudą w stronę Drogi Odrodzenia zaczęły się nie kamloty, nie kocie łby, ale całe spektrum kamieni, mniej lub bardziej związanych z podłożem, o najróżniejszych kształtach, to płaskie, to bardziej kocie łby (ałłła!), to serio myślałam, że te kije wyjebię. Brakowało mi wtedy lekkości i swobody ruchu, żeby móc po tych kamieniach biec, wspinać się i zbiegać, bo tam było na zmianę - góra, dół. Musiałam w rękach trzymać te nieszczęsne kije, jebańczyki, po przywiązywanie ich do plecaka nie miało najmniejszego sensu. Straciłabym przecież cenny czas! Poza tym było co chwilę pod górkę, więc dość często starałam się ich używać.

Droga się nieco 'wygładziła' za skałką Słonecznik, było kilka drewnianych mostków i bardziej wyrównane kamienie. Ani razu nie spojrzałam w lewo, żeby choć przez ułamek sekundy zobaczyć Wielki Staw. Pierwszy wolny weekend od pół roku, na jeden dzień się wyrwałeś, człowieku, w góry i ty nic nie zobaczysz? Ech... Zobaczyłam za to mniej więcej na tym etapie coś bardziej przerażającego - górującą nad wszystkim Śnieżkę. Ty tam musisz jeszcze dzisiaj wleźć, kochana. Ty. Tam. Do góry. Tak, na tych nogach. Co Cię już trochę zaczynają boleć, a to był gdzieś mniej więcej 20. kilometr.

gdzieś nad Wielkim Stawem (Fotomaraton.pl)

No właśnie, jedzenie... Zaczynałam czuć lekki głód, a zjadłam w sumie niedużo, bo 2 żele i pół banana. Miałam przy sobie batony Chia Charge, ale jak zwykle, na myśl o zjedzeniu czegoś tak słodkiego jak one, mój żołądek z góry powiedział nie. Obiecałam sobie, że jak dotrę do punktu pod Domem Śląskim, będę żreć bez umiaru, choćbym miała kilo bananów wciągnąć, ale moje baterie zdecydowanie wymagają ładowania, i to takiego turbo, bo inaczej odpadnę na Śnieżce.

Na trasie do Domu Śląskiego mijałam coraz więcej zawodników z czołówki, wracających już na metę. Jejku, jak oni pięknie biegli! Sylwetki i styl biegu mieli, jakby robili tempo na stadionie! Jeden mi puścił oko, to chyba było 'oko wsparcia', musiałam wzbudzić litość swoim wyglądem.

Gdy dotarłam do wodopoju pod Dom Śląski, zgodnie z zamiarem wypiłam pół litra izo i pożarłam całą masę jakichś dziwnych ciastek i bananów, które akurat mój żołądek zgodził się przyjąć. Dopychałam, popijałam, w końcu zwarta i gotowa ruszyłam w stronę Śnieżki. Wejście dwa razy z rzędu rok temu wspominam całkiem miło. Zobaczymy jak mi teraz pójdzie..

Założenia na atak szczytowy miałam następujące: po pierwsze oczy w dół. Po drugie stawiasz częste i drobne kroki. Po trzecie oczy w dół. Po czwarte, na maksa opierasz się na kijach. I po piąte, oczy w dół. Pod żadnym pozorem nie wolno ci patrzeć w górę. Ta strategia okazała się być jedyną słuszną. Jakoś się tymi zakosami szybko wdrapałam, wyprzedzając nie tylko turystów ale i innych zawodników. A na kilku metrach przed szczytem wyjątkowo podniosłam wzrok, na kobietę którą mijałam po prawej, patrzyłam dobrą chwilę, patrzyłam, oczom nie wierzyłam... ciocia!!! Marysia!!! Aaaa!!! I tym sposobem spotkałam swoją rodzinę, zupełnie przypadkiem ;) Doczłapałyśmy się wspólnie z ciocią na szczyt, gdzie zrobiłyśmy sobie pamiątkowe zdjęcie. Wynik wynikiem, ale najważniejsi są przecież ludzie. Po zrobieniu zdjęcia i wymianie kilku zdań niestety 'musiałam' lecieć dalej. Przede mną jeszcze druga połowa trasy. Trudniejsza, bo z górki. I bo już ciut boli. Wlazłam tej do paszczy wilka cała, to teraz czas się z niej wydostać...

(tu miała być fota z Śnieżki, ale ciocia mi jej jeszcze nie przesłała:) )

Zbieganie okrężną drogą ze Śnieżki to były miłe złego początki. Tam to tak trochę jak po asfalcie... Grześkiem bym ujechała (z górki oczywiście). Odcinek do domu Śląskiego minął w oka mgnieniu. Tam znowu zrobiłam wyżerę. Przecież trzeba się uzbroić w kalorie na powrót. Miałam jeszcze żele, ale one były zabezpieczeniem na później. Chia tego dnia nie ruszę, tego byłam pewna. Ruszyłam dalej w trasę. Na moim zeszłorocznym górskim pierwszym razie w biegu 3xŚnieżka było konkretnie raz pod górę i konkretnie raz w dół. Tu, na trasie Maratonu jest sporo odcinków płaskich lub o stosunkowo niedużym nachyleniu, gdzie można, ba, nawet trzeba biec, żeby się zmieścić w limicie. Najdłuższym takim odcinkiem jest właśnie fragment od Domu Śląskiego do skałki Słonecznik. To też mając kije w dłoniach, biegłam. Gdzieś w połowie drogi minęłam Kaśkę, podążającą w kierunku Śnieżki. Przez spory odcinek drogi głowa zajęta byłam analizą czasu Kaśki. Wiedziałam, że będzie po limicie, jednak wydawało mi się, że wyglądała dobrze. Udało mi się w tej drodze powrotnej łypnąć okiem na kocioł Wielkiego Stawu. Skradłam ten widok w ułamek sekundy bezczelnie, to jedno z piękniejszych miejsc jakie znam. Powoli zaczęłam czuć, że nadchodzi kryzys. Żel zjedz, komenda od głowy, a ja grzecznie posłuchałam.

Zbieg z Małego Szyszaka wyszedł w moim wykonaniu delikatnie mówiąc źle. Już bolało wszystko, jebańczyki wnerwiały do granic możliwości, a tam znajoma feeria kamieni. Raz mało co nie popełniłam gleby, jakimś cudem oparłam się tylko o głaz, mocno wykręcając prawą kostkę. Oczywiście pierwsza rzecz, jaką sprawdziłam w tym momencie, to nie czy kostka działa, tylko czy lakier na lewym kciuku mi nie odprysł ;) Dwóch facetów za mną poczuło się dość niepewnie, bo w momencie swojego zachwiania pomachałam im tuż przed nosem kijami. "Postaram się nie trafić w oko" "oko jak oko, o co innego się obawiam" "no tak są sprawy ważne i ważniejsze" "bez oka da się żyć, ale chciałbym sobie w życiu jeszcze postrzelać". Tiaaa... Taka górska gadka szmatka. Chyba najdłuższy dialog, w jaki się wdałam na trasie, nie licząc spotkania z ciocią na Śnieżce. Już na końcówce zbiegu do Spindlerowej Boudy zobaczyłam, że niebo zrobiło się fioletowo - granatowe. Przypomniały mi się wszystkie pytania Kaśki, która strasznie bała się burzy: czy zegarek ściąga pioruny. A czy twoje kije są z karbonu. Hm. Usłyszałam potężny grzmot. Na szczęście na tym jednym się skończyło.

takie chmury były... (fot. foto f-time)
Zaczęło się podejście na Łabski Szczyt i wtedy złapał mnie deszcz. Początkowo całkiem przyjemny, delikatny, po chwili przeobraził się w rzęsistą ulewę. To oczywiście sprawiło, że kamloty na drodze już w kierunku Kotłów stały się mega śliskie. Kurwa, nie widzę tego, myślałam przez chwilę. Rzeczy zdążyły mi przemoknąć. Poczułam zimno, ciało zawołało o jedzenie. Potrzebowało energii, żeby się ogrzać, bez dyskusji wciągnęłam ostatni żel. Trudno, teraz trzeba przetrwać, a do mety się jakoś doczołgam (he, he). Zostało mi wóczas jakieś 10 km biegu. 

W końcu ulubione bloki skalne nad Śnieżnymi Kotłami. Deszcz ustał, kamienie też na szczęście szybko osuszył wiatr. Biegłam mając totalne klapy na oczach, wiedziałam, że zbliżam się do ostatniego zbiegu i wiedziałam, że do przyjemnych on należeć nie będzie. Nogi już napierdzielały z bólu. Za kotłami utknął mi po raz enty tego dnia kijek między kamieniami, wydarłam się "kurwa!!!" wyciągając go siłą z szczeliny. Rozbeczałam się. Po chwili, zasmarkana, obejrzałam się wkoło czy nikogo w pobliżu nie ma. Akurat nie było, więc skorzystałam z turystycznej chusteczki. Przecież nie będę tracić cennego czasu na szukanie chusteczek po plecaku. Jako że zbieg miał się lada moment zacząć, głowa przejęła stery i ustaliła zasady: 1. ból to ściema, ignoruj go, 2. jak musisz ryczeć, to rycz, ale biegnij, 3. im szybciej pobiegniesz, tym szybciej będziesz miała to za sobą.


ałłła, szutr, ałłła (foto f-time)

Patrzyłam na zegarek i widziałam, że aby zmieścić się w 7. godzinach musiałabym pruć jak dzika. Zbiegałam dość szybko, wyprzedzając ludzi po drodze. Miej to jak najszybciej za sobą, zasada nr 3. Koło schroniska pod Łabskim Szczytem wykręciłam sobie drugą kostkę, aż zaklęłam z bólu, na szczęście nic sobie nie zrobiłam, pobiegłam dalej. Każdy krok potęgował uczucie wbijania tępych gwoździ w stopy. Biegłam jak nieobecna, patrząc przed siebie gdzie jest ten cholerny skręt na trawę! Gdzie ten wyciąg, czemu go jeszcze nie ma! Tylko ten szutr, szutr, szutr. Lepszy on niż kamienie, ale mógłby się już skończyć. Ciało miało dość, stopy wrzeszczały jak jeszcze nigdy, byłam wówczas pewna, że jak zdejmę buty, będę miała palce we krwi. Dużo się nie pomyliłam...

A szutr nie chciał się skończyć. Miałam ochotę krzyczeć, ryczeć, zatrzymać się, chwycić się kurczowo krzesełka wyciągu i zjechać w dół. Przypomniałam sobie zasadę nr 2 (jak musisz ryczeć, to rycz, ale biegnij). Puściło mi już wszystko, ale biegłam. W końcu skręt, na trawę. Ojojoj, jak tam bolało. Gdyby nie ta meta i ci wszyscy ludzie na dole, to chyba bym się położyła i sturlała. Widziałam metę, słyszałam spikera, ale widząc że już minęło 7 godzin, zapomniałam o zasadzie nr 1 (ból to ściema, ignoruj go) i dałam się wyprzedzić takiemu jednemu, z którym troszkę taksowaliśmy się na trasie. 

ostatnia górka... (fotomaraton.pl)

Zmusiłam się do pokonywania ostatnich kroków. W końcu usłyszałam swoje imię i nazwisko. Coś tam nawet pomachałam. Potem głowa w dół, bo ja taka zaryczana, a tu fotki strzelają. Ostatni podbieg do mety. Nie wiem czy to był jeszcze bieg, czy już jakiś pokraczny taniec. META. Rzuciłam jebańczyki na ziemię. Wycisnęłam zaledwie 4 pĄpki. Wyszłam z paszczy wilka po czasie 07:06:14.

za metą... (fotomaraton.pl)
Zdaję sobie sprawę, że ultra to nie spacer po górach. A że maraton po górach ma się nijak do maratonu po asfalcie. Że to przede wszystkim umiejętność długiego przebywania daleko poza strefą komfortu. Weszłam do tej paszczy wilka na własne życzenie, wiedząc co mnie może czekać. Szykowałam się na ból, i dopadł mnie skurczybyk. Dopadł, ale to ja mu pokazałam środkowy palec.

Na pewno brakuje mi samego, czystego obiegania z górami, ale nie mogę powiedzieć, że na Maraton Karkonoski jechałam nieprzygotowana. Od kwietnia  biegałam powyżej 200km miesięcznie, w tym robiłam podbiegi i długie biegi w terenie. Poza tym był rower, kiepski, ale był ;) Dużo ogólnorozwojówki, ćwiczeń z kettlami i na stabilizację. Dzięki tym ostatnim kilka razy ustałam w pionie i nie wywinęłam orła.
Mimo tego, że osiągnęłam gorszy wynik, niż się spodziewałam, uważam, że ten bieg mi wyszedł, bardzo nawet. Nabrałam pewności siebie, bo nawet jak całe ciało się buntowało to stery przejęła głowa. Gdy kusiła opcja przejścia do marszu, a palec w bucie wył z bólu, ja przyśpieszyłam, żeby mieć to szybciej za sobą.

Mam teraz takie rozdwojenie jaźni: bo z jednej strony organizm skatowałam niemiłosiernie, pasm biodrowo - piszczelowych nie byłam w stanie jeszcze do środy dotknąć, a duży palec prawej nogi niestety wylądował na kozetce u chirurga (spoks, wycięli tylko paznokieć). Pierwsze dni po biegu nie wyobrażałam sobie, żebym mogła skatować to ciało jeszcze bardziej, choć gdyby nie palec to pewnie próbowałabym rozbiegać. Ale z drugiej strony łeb był cały czas na swoim miejscu, ani na chwilę nie odpuścił. Więc może jednak mam zadatki na ultraskę? Kolejna paszcza wilka czeka, już we wrześniu. Sprawdzimy :)

4 pĄpki wyciśnięte :) (fotomaraton.pl)

ps 1 za 'paszczę wilka' dziękuję Jackowi! Życzenia powodzenia, w których było 'wchodzisz do paszczy wilka'. Idealne porównanie, które gdzieś tam mi umknęło, a potem pisząc tę relację przypomniałam sobie. Inaczej się chyba takiego biegu nie da opisać :)

ps 2 dziękuję Łukaszowi z Klubu Biegacza Szamotuły za podwójną pionę pod Śnieżką. Zapomniałam podziękować po biegu, ale teraz nadrabiam :) to dało mi bardzo dużego, pozytywnego kopa przed 'atakowaniem' Śnieżki!

ps 3 Kasia!!! Tobie dziękuję za cały ten czas w Szklarskiej! Przede wszystkim za Twój głośny śmiech i pogodę ducha, którą masz w sobie, nawet jeżeli stajesz przed tak trudną decyzją, jak zejście z trasy! Wypisałabym tu całą masę rzeczy, ale what happened in Karko, stays in Karko :)