piątek, 27 czerwca 2014

"BIEGAĆ MĄDRZE" RICHARD BENYO - PRÓBA RECENZJI


 


Autor książki, Richard Benyo to amerykański dziennikarz i biegacz długodystansowy, ukończył m. in. ponad 30 maratonów. Był redaktorem naczelnym "Runner's World". Obecnie prowadzi dwumiesięcznik "Marathon and beyond".

"Biegać mądrze" jest zbiorem przemyśleń na temat biegania, a także zbiorem doświadczeń, bo w tworzeniu książki brały udział takie osobistości świata biegowego, jak: Dean Karnazes czy Deena Kastor

Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy to sprzeczne tytuły rozdziałów: "ścigaj się", a następny "nie ścigaj się". Albo: "biegaj według planu, za zaraz po nim "biegaj na czuja". Książka to cykl rozważań między innymi o tym, kiedy biegać samemu, kiedy warto biegać w grupie i na jakich zasadach, jak najlepiej rozplanować rok startowy, czy i kiedy warto zrobić przerwę od biegania, kiedy biegać według planu, a kiedy według własnego uznania. Nie podaje gotowych recept, nie zawiera planów treningowych, nie narzuca jak biegać, pozostawia te kwestie do przemyślenia. Na pewne pytania czytelnik ma odpowiedzieć sobie sam.

Każdy rozdział jest zakończony kilkoma punktami podsumowującymi temat. Nie ukrywam, były takie momenty, kiedy miałam ochotę od razu przejść do tych punktów ;) Czytając niektóre rozdziały miałam wrażenie, jakbym słuchała wystąpień amerykańskiego kaznodziei telewizyjnego. Gdy doszłam do momentu: "Kiedy biegniemy po niekończącej się drodze lub ścieżce donikąd, otwieramy się na doświadczenie naszego związku z większą całością" musiałam się niemalże trzymać kanapy, żeby nie odfrunąć. A w książce zdań i wywodów tego typu jest niemało.

Nie ma w niej informacji, które by zrewolucjonizowały moje podejście do biegania, wszystko, o czym czytałam, wiedziałam już wcześniej lub tego już w jakiś sposób doświadczyłam (chociaż, kurde, tego związku z większą całością jakoś po drodze nie wyłapałam). Ale taki też jest zapewne główny cel książki - nie bombardować czytelnika wiedzą teoretyczną na temat biegania, tylko pomóc mu wrócić do korzeni, zmusić do myślenia na temat, dokąd to jego bieganie zmierza, czy ma w tym cel, czy robi to wszystko z głową czy bardziej po omacku.

Osobie, która rozpoczyna biegać, książka zbyt wiele nie podpowie, osobie, która biega od dłuższego czasu - również. Może jedynie stanowić źródło motywacji, jeżeli ktoś jest podatny na górnolotne zdania, których w książce nie brakuje, a które mnie momentami doprowadzały do pasji. Zdawałam sobie sprawę, że nie sięgam po literaturę światowego formatu, miało być lekko i przyjemnie. I chwilami było, nawet śmiesznie, bo niektóre zdania naprawdę mnie rozczulały. I tak prawdę mówiąc, nie porwała mnie ta książka, nie podziałały na mnie motywująco te wszystkie górnolotne zdania, słodkie wywody i patos, którym kipią niektóre fragmenty. Gdy wokół miałam inne, ciekawsze lektury, musiałam się chwilami mocno zmusić, żeby do "Biegać mądrze" wrócić.

I kończąc już, z cyklu 'muszę, bo się uduszę', nie mogąc się powstrzymać, wrzucam kilka fragmentów, które mi wyjątkowo zapadły w pamięć:

"Rytm długiego biegu pozwala usunąć pajęczyny i zamieszanie, które wyhodowałeś w głowie."

"Naucz się słuchać rytmu swego serca i oddechu. W dzisiejszym świecie nie ma bardziej pierwotnej czystości."

"Widok ludzi z przenośnymi urządzeniami elektronicznymi przypomina widok narkomanów. Dosłownie nie mogą się od nich oderwać. Mogą naprawdę popaść w depresję, jeśli przez pięć minut nie usłyszą sygnału, że ktoś wysłał im wiadomość albo do nich dzwonił."

"Nie rób sobie wyrzutów sumienia dlatego, że w niektóre dni nie masz żadnego wysiłku aerobowego. Nawet Bóg odpoczął po sześciu dniach pracy."

"Kto chce mieć czas wolny, powinien mieszkać w Europie, gdzie ludzie dostają pięć tygodni urlopu (zwykle te same pięć tygodni w środku lata), wszyscy jadą na te same plaże i relaksują się jak pchły nad kałużą." (he?)


"Gdy biegasz sam, spędzasz sam ze sobą więcej czasu. Delikatnie kołysze cię twój oddech, bicie serca, szum przyrody. Biegniesz zgodnie z wewnętrznym rytmem swojego ciała i rytmem kosmosu, którego jesteś częścią."

"Stajesz się zwierzęciem, którym cię stworzono. Łączysz się z tym, co realne, nie z tym co wirtualne."

"Odnawiasz się w sakramencie potu."

"Wspólne doświadczenia biegowe zawsze obejmują niebiańskie kilometry, gdzie asfalt jest miękki, wiatr wieje z tyłu, a oddech jest pod pełną kontrolą."

I, uwaga, moje ulubione:

"Małe dzieci, te zbiorniczki pierwotnej energii, zostawione same sobie, swoim entuzjazmem dla życia i ruchu przypominają dzikie zwierzęta."

Prawda, że urocze? :)

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Inne Spacery.

czwartek, 19 czerwca 2014

XLPL EKIDEN - JAK ZOSTAŁAM CZĘŚCIĄ SZTAFETY BLOGACZY

Gdy tylko w gronie Blogaczy padło hasło "Poznań Ekiden", od razu wiedziałam, że będę chciała wziąć w tym biegu udział. Jestem w grupie Blogaczy od ponad roku, w sztafecie miałam przyjemność brać udział po raz pierwszy. Miałam biec na trzeciej zmianie na dystansie 10800m.

Start miał mieć charakter towarzysko - integracyjny i bardzo mi to odpowiadało, nie chciałam biec na maksimum swoich możliwości, wiecie, jak nie lubię dychy ;) (a dychy w słońcu to już w ogóle) Założenie moje było takie, aby potraktować ten bieg jako trening w drugim zakresie tętna, nawet założyłam pasek z tejże okazji, co czynię niezwykle rzadko.

W biurze zawodów spotkałam Bartka i Krzyśka, potem Bartek pojechał po resztę ekipy, a my z Krzyśkiem udaliśmy się założyć "bazę" Blogaczy pod stokiem. A w drużynie biegli:

autorka tegoż bloga
Rafał, mąż Agnieszki
last but not least, kapitan drużyny, Bartek.

Dzięki Kasi, piszącej bloga rusz-sie.pl, zostaliśmy wyposażeni w koszulki marki Brubeck, na której z przodu widniała nazwa grupy Blogacze, na plecach było nadrukowane imię i adres bloga. Co do koszulki, to byłam mile zaskoczona, przede wszystkim jakością materiału. Koszulka dobrze się układa, jest miła w dotyku i, co najważniejsze, przepuszcza powietrze. Jestem pewna, że nie będzie leżała bezczynnie w szafie.

Obserwując niebo, które coraz bardziej się odsłaniało, wpuszczając coraz więcej słońca udałam się na start. Niestety słońce zaczęło palić (dosłownie) ziemię, nawierzchnię i nie tylko, o czym później. Przejęłam pałeczkę od Agnieszki, z którą widziałyśmy się pierwszy raz w życiu, na szczęście zmiana poszła nam bezproblemowo, nie musiałyśmy się szukać po strefie zmian, i ruszyłam na trasę.

fot. kgb

Na pierwszym okrążeniu postanowiłam nie szarżować i trzymałam się tempa w okolicach 5:03 - 5:07. Czułam, że słońce da mi popalić, wolałam być ostrożna i ewentualnie przyspieszyć na drugiej pętli. Więc tak sobie biegłam, myśląc, że to taka podwójna próba: tempa startowego na Tri Pniewy oraz trasy biegowej na Tri Poznań. No i kolejne podejście w ramach akcji "polub się ze słońcem", bo w słońcu nigdy nie umiałam biegać i zwykle tego unikałam. A przecież wszystkie imprezy triathlonowe odbywają się o takiej porze roku i dnia, że jest wielce prawdopodobne, że w biegu trafię na słońce. A przy okazji doszłam do wniosku, że muszę sobie sprawić czapkę lub cokolwiek na łeb, bo choć w czapce wyglądam jak, hmmm, ostatni łoś, to jednak bieganie z nieosłoniętą głową w takim słońcu, na jakie trafiłam w niedziele, lekką głupotą jezd. A biegłam w samo południe, gdy słońce jest najwyżej, więc miałam zjarane górne pół twarzy, kark i szyję. (a łydki, które właśnie miały się opalić, są nadal białe)

Po 8. kilometrze postanowiłam wziąć się do roboty, przełączyłam Garmina tak, aby mi pokazywał czas zamiast tętna. Widok '170' na wyświetlaczu mógł na mnie źle podziałać, a tak przynajmniej ostatnie kilometry przebiegłam w tempie 4:50, 4:41, 4:37 nie przejmując się, że mogę umrzeć. W końcu dobiegłam do strefy zmian i przekazałam pałeczkę Rafałowi, mężowi Agnieszki. Mój ostateczny czas z Garmina to 54:37, a jeżeli chodzi o dystans to zmierzył mi 11km.

przekazanie pałeczki - fot. Wybiegany

Drużynowo pokonaliśmy dystans maratonu w czasie 3:22:00 i zajęliśmy 85 miejsce na 205 ekip.

ekipa w komplecie - fot. Gosia Monczyńska

Bieg w sztafecie to całkiem ciekawe doświadczenie, głównie z uwagi na to, że nie biegnie się dla siebie, tylko dla drużyny. Świadomość, że pracuje się na wynik całej grupy, a nie tylko swój, działa bardzo mobilizująco. No i przede wszystkim jest okazja się poznać na żywo.


fot. Gosia Monczyńska

wtorek, 3 czerwca 2014

1/4 IM SIERAKÓW, CZYLI MÓJ PIERWSZY TRIATHLON


Niedzielny poranek był słoneczny, ale dość chłodny. Było mi brrr! zimno. Nie wyobrażałam sobie, jak mam się za chwilę w tym chłodzie brrr! rozebrać, wbić w brrr! piankę, wejść w niej do tej brrr! zimnej wody. Brrr! A minuty do startu mijały nieubłaganie. Chwilę wcześniej po raz ostatni odwiedziłam Alberto w strefie zmian, dwukrotnie przećwiczyłam pokonywanie trasy, którą wrócę z wody i którą wrócę z roweru. Dzień wcześniej byłam w strefie zmian dwa razy, i przed odprawą, i po odprawie, za każdym razem próbując zapamiętać, gdzie jest moje stanowisko. To nie była taka prosta sprawa. 


Pół godziny przed startem wbiłam się w końcu w piankę, założyłam 'pachnący' gumą żółty czepek i oksy. Zanurzenie w wodzie było najmniej przyjemnym momentem dnia. Potem chwilę pływałam dla rozgrzewki i z wody obserwowałam start pierwszej fali - bo start był tzw. barceloński z uwagi na sporą liczbę zawodników, czyli startowaliśmy falami. Wypadło, że będę w tej drugiej. 

SWIM

Stało sobie stado pingwinów na plaży w Sierakowie. Wtem rozległ się huk i stado pingwinów rzuciło się do jeziora. I się zaczęło. Jebs, bum, kop. Ktoś po mnie przepłynął. Ktoś pode mną. Ktoś we mnie wpłynął, to z lewej, to z prawej, to z obu stron na raz. To płynął jakiś żabkarz z przodu i za cholerę nie dało się go wyminąć (wyrwać mu nogi!). Ktoś mi chlapnął prosto w twarz i się zachłysnęłam. Nie byłam w stanie płynąć "swoim kraulem". Zamiast skupiać się na tym, aby był łokieć w górze i sięgać ręką daleko, to myślałam tylko, jak nie dać się utopić w tej cholernej pralce. Pierwsza boja i skręt w prawo. Kawałek za nią straciłam orientację i zaczęłam płynąć w kierunku środka jeziora. Zorientowałam się, bo nagle przestałam czuć kopniaki. Szybka analiza sytuacji, trzeba wrócić do pralki. Kilka ruchów i pojawiłam się w niej z powrotem. Znów poczułam znajome kuksańce i kopniaki. Szybko dopłynęłam do drugiej boi, kolejny skręt w prawo i... kolejna utrata orientacji. Zamiast płynąć ze swoją ekipą, odbiłam za bardzo w prawo i prawie dołączyłam do "trzeciej fali" płynącej w kierunku pierwszej boi. Ja pierdolę, kto wymyślił ten triathlon, to były moje jedyne myśli w tym momencie. Na inne mnie nie było stać. Miałam serdecznie dosyć. Moje pływanie, moja ukochana dyscyplina, i takie sponiewieranie! Na szczęście obrałam tym razem odpowiedni azymut i płynęłam lekko po skosie, ale tak aby trafić między dwie boje oznaczające koniec trasy pływackiej. W końcu ujrzałam długie wodorosty na dnie, aaaaa, tam są na pewno jakieś stworzenia, nie stanę na tym w życiu! Tylko że inni już się zatrzymywali i biegli, więc zacisnęłam zęby i poczyniłam to samo. Skończyło się. UFFF. 
Moim celem było zejść poniżej 20. minut, jednak po tym co się działo w wodzie byłam pewna, że poszło mi zdecydowanie gorzej. Wynik był więc dla mnie miłym zaskoczeniem, bo jak się później okazało, etap pływacki ukończyłam w 19m:51s.  


T1

Wyjście z wody do strefy zmian w Sierakowie ma około 450m długości i w większości wiedzie pod górkę. Wybiegłam z wody kompletnie wygłupiona i zdezorientowana, na szczęście głowa pozostała na swoim miejscu, bo po chwili pojawił się w niej komunikat "rzep!" a po nim następny "teraz ciągnij za sznurek!". Tym sposobem do połowy zdjęłam piankę, biegnąc twardo pod tę górkę i dostając pierwszej tego dnia zadyszki. Wtedy, jak pomyślałam, że mam zaraz pedałować, zrobiło mi się niedobrze. No ale nic, zachciało mi się triathlonu, to teraz trzeba się spiąć i robić dalej swoje. Więc zrobiłam. Swoje stanowisko w strefie zmian odnalazłam bez problemu (ha!), piankę zdjęłam prawie bez problemu, pamiętałam ładnie o garminie, żeby założyć i włączyć gps (ha!), o tym, że najpierw ładnie zapiąć kask, a potem dopiero zdjąć rower (ha!). Spółka Alberto, Dżordż i ja opuściła strefę zmian po 6. minutach i 24. sekundach. 

BIKE

Ten etap pozostawia wiele do życzenia, pierwsza pętla poszła mi w miarę dobrze (jak na moje możliwości oczywiście), utrzymywałam przez większość czasu prędkość około 30km/h, z wyjątkiem podjazdów oczywiście, których było sporo. Popsułam się na drugiej pętli, jechałam zdecydowanie wolniej. Naprawdę chciałam jechać szybciej i naprawdę nie byłam w stanie mocniej pedałować. 
Jednak mimo wszystko, bardzo miło wspominam ten etap. To jest naprawdę fajne, gdy wyprzedzający facet krzyczy "dajesz Marysia!". Inny przyuważył Alberta i krzyknął "fajny koń!". Ludzie krzyczeli "brawo dla pani!", "o, dziewczyna jedzie, brawo!". Mimo że pojechałam jak ostatnia oferma (no bo trzeba przyznać, że na bajku jeżdżę jak ostatnia oferma) i roztrwoniłam przewagę wypracowaną na etapie pływackim, to schodziłam z roweru zadowolona. I jeszcze ze sporym zapasem sił. A do głowy wbił mi się napis, umieszczony na bidonie, który cały czas miałam w zasięgu wzroku - "wierz w siebie".
Mój czas na rowerze to 1h:33m:58s i choć na treningu raz ledwie udało mi się zejść poniżej 1h:40 na dystansie 45km, to po cichu liczyłam, że tym razem się wezmę do roboty i dam radę zejść poniżej 1h:30m. Dużo pracy mnie czeka, jeżeli chodzi o jeżdżenie na bajku, no niestety, jestem w tej dyscyplinie najsłabsza.

T2

Kolejne "ja pierdolę" wyrwało mi się z ust, tym razem na głos, bo pojawił się element, którego na treningach nie przećwiczyłam - bieg w butach spd zaraz po zejściu z bajku. Podczas zakładek schodziłam z bajku, wnosiłam go do mieszkania, zmieniałam buty i dopiero biegłam. A tu trzeba było dobiec do strefy zmian, na tych ugiętych jak z waty nogach. Było zabawnie, chwilami nie byłam pewna, czy się zaraz z Dżordżem nie wypierdzielimy, a Alberto siłą rzeczy z nami, no ale dałam radę. Potem poszło już sprawniej, kask zdjęłam, buty zmieniłam, garmina zresetowałam i w drogę. Zajęło mi to 02m:54s.

RUN

Bałam się tego etapu jak ognia, z uwagi na trasę, która wiodła po lesie i do płaskich nie należała. Wybiegając ze strefy widziałam czas wyświetlany na mecie - 2 godziny i 13 minut. W duchu jęknęłam z żalu, że nie uda mi się tych 3. godzin połamać. Tak, bo zejść poniżej 3. godzin to ten wynik, który po cichu mi się marzył. Po chwili jednak mnie olśniło, że startowałam w drugiej fali, 10 minut później i na bieg mam niecałe 57 minut. Po lesie, po górkach... Kurde, będzie ciężko. Zobaczymy, co da się zrobić. 
Gdy spojrzałam na wyświetlacz garmina, pokazujący, że pierwszy kilometr pokonałam w tempie 5:05, dotarło do mnie, że jestem w stanie pobiec poniżej 57 minut i ukończyć ten triathlon poniżej 3 godzin. 'Wierz w siebie', do cholery!
Tempo biegu dyktowała nawierzchnia i profil trasy. I naprawdę, ale to naprawdę dziękowałam sobie, że biegałam ostatnio dużo po lesie i nie oszczędzałam się na górkach. Tylko dzięki temu leśna nierówna nawierzchnia i podbiegi mnie nie zabiły. Trzeba było przebiec 2 pętle, na końcu pętli były słynne serpentyny. A wzdłuż serpentyn napisy "ból to ściema", "ukończyłeś - jesteś zwycięzcą". 
Gdzie była twarda nawierzchnia i z górki, biegłam najszybciej. Po lesie, gdy było w miarę płasko utrzymywałam tempo około 5:20. Zwolniłam najbardziej na serpentynach, głównie z uwagi na ostre zakręty niż to, że było pod górkę. Byłam zmęczona, ale czułam, że dam radę zmieścić się w '3' i to mnie dodatkowo uskrzydlało. 

Przed startem zakładałam, że bieg zajmie mi około godzinę. A pobiegłam w 54m:46sCałą trasę przebiegłam z uśmiechem na ustach, jednocześnie dając z siebie wszystko.

Wpadłam na metę z czasem 2:57:53. Byłam zmęczona, szczęśliwa jak dziecko i zeszły ze mnie chyba wszystkie emocje ostatnich miesięcy. Chwilę później spotkałam Michała, który startował w trzeciej fali, szczęśliwego, bo również złamał "3", a cały triathlon zajął mu około minutę mniej niż mi :)

 

Tak więc, zostałam triathlonistką! I w końcu dowiedziałam się na własnej skórze, 'z czym się je' ten triathlon. Jak wiele jest czynników, na które nie mam wpływu, a z którymi trzeba sobie radzić. I jak wiele rzeczy trzeba ze sobą zgrać i o ilu pamiętać. I jak oprócz zdolności do ogromnego wysiłku liczy się głowa na karku. 

Triathlonowe przetarcie uważam za udane, dawno nie wracałam tak zadowolona z żadnych zawodów. Wynik bardzo mnie podniósł na duchu i wiem, że jestem go w stanie poprawić w przyszłości. I wiem przede wszystkim na czym muszę się teraz skupić - rower, rower i jeszcze raz rower. W końcu powiedzenie, że na rowerze można najwięcej zyskać, lub najwięcej stracić nie wzięło się znikąd. 

I chyba się zakochałam w triathlonie, choć przebieg ta randka miała z początku burzliwy. W wodzie miałam paniczne myśli, potem na rowerze się uspokoiłam (a że aż nadto to inna sprawa), no a w biegu to był już czysty odlot. A radości na mecie to nawet nie da się opisać. I choć zmęczona byłam i wszystko mnie bolało, to w tej chwili już nie mogę się doczekać kolejnego triathlonu. I na szczęście następna randka z Panem Triathlonem już za niecały miesiąc w Pniewach, także długo nie potęsknię. Dla odmiany na dystansie olimpijskim. Całe 1500m pływania. Półtora kilosa w pralce. Aaaa! ;)

Na samym końcu udało nam się ponownie spotkać z Michałem i tym razem nie mogło się obyć bez wspólnej fotki w koszulkach Smashing Pąpkins :)