wtorek, 29 kwietnia 2014

OKIEŁZNAĆ WIATR

Ależ ja się bałam tego jeżdżenia na szosie... Jojczałam, marudziłam, bo spodziewałam się po sobie pasma wywrotek, że będę się bała dolnego chwytu, dużych prędkości, zakrętów. A gdy wyjechałam pierwszy raz w teren, gdy poczułam te prędkości, przepadłam. Zrozumiałam, że już po mnie, że pokocham ten rodzaj jazdy na rowerze. Uwolniła się we mnie taka dziecięca radość, chyba przez te prędkości, których wcześniej nie znałam. I uwalniam w sobie tę radość teraz regularnie. Odkrywam odcinki szos z lepszym asfaltem i czasami niestety z gorszym. Próbuję okiełznać wiatr, choć niestety on jest w tym pojedynku silniejszy. Jedyne czego mi brakuje, to podjazdów. I nie mam tu na myśli chęci uprzyjemniania sobie jazdy, tylko okazję do szlifowania formy. Bo jak mawia guru (mrrryg!), moc zdobywa się na podjazdach. A na tej okołoszamotulskiej patelni naprawdę ciężko o takowe.  

No przecież napisałam, że nie będzie zdjęć w kasku! ;)

Oto kilka spostrzeżeń, jakie zebrałam po moich pierwszych wyjazdach na rowerze szosowym:

  • nie boli mnie tyłek, nie mam problemów z bólem pleców, ramion, i jakimkolwiek innym bólem, a zaliczyłam już jeden 3 - godzinny trening,
  • kobieta na szosie to jednak rzadki widok na polskich drogach i wzbudza zainteresowanie. Gwizdy podczas przejeżdżania przez wsie, okrzyki chłopców stojących pod sklepem "pani, nie tak szybko", "mogę się przyłączyć", spojrzenia kierowców, czasami zaczepki z okien pasażerów "pojeździłbym z Tobą" nie należą niestety do rzadkości,
  • szosówka jest szybsza niż ciągnik. Już miałam okazję to sprawdzić, gdy musiałam jeden wyprzedzić, takie uroki jeżdżenia po wsiach ;)
  • rodzaj asfaltu ma znaczenie. Są nawierzchnie mniej i bardziej chropowate. Podczas jazdy autem to nie miało kompletnie znaczenia, a teraz naprawdę czuję różnicę, ten chropowaty asfalt, z pozoru ładny i bez dziur, jednak powoduje większe tarcie i mniej przyjemnie się jedzie. Wiem, wymyślam. Francuski piesek polskich szos. ;)
  • jedzenie podczas jazdy to nie jest taka prosta sprawa, łatwo stracić równowagę, na razie opanowałam dopiero umiejętność picia, nad umiejętnością jedzenia muszę jeszcze popracować,
  • wiatr to dziwne zjawisko, początkowo myślałam że będzie zawsze albo z wiatrem albo pod wiatr. Mam natomiast wrażenie, że ten wiatr specjalnie zmienia kierunek tak, aby wiać mi prosto w twarz. Tak, żeby jechać typowo z wiatrem w plecy zdarzyło mi się tylko jeden, jedyny raz, i to było niezapomniane uczucie,
  • strach ma wielkie oczy. Bardzo się bałam mechanizmu SPD, a okazało się, że zupełnie niepotrzebnie, bo w(y)pinanie idzie jak po maśle. Gleba, którą w końcu zaliczyłam, była wyłącznie na własne życzenie, bo zgubiła mnie pewność siebie. Wypinanie to odruch, który łatwo można sobie wyrobić, jak widać opłaciło mi się to ćwiczyć 'na sucho' w domu.

Polubiłam się z szosą. Nie osiągam zawrotnych prędkości, choć myślę, że to kwestia "stażu w siodle". I pewnie też trochę sprzętu, choć wiadomo, "sprzęt sam nie jeździ", jednak gdy wiatr zacina mi prosto w twarz, jadąc przyklejona do kierownicy, marzę o lemondce. I na pewno kiedyś taką sobie sprawię :)

sobota, 19 kwietnia 2014

BAWIĘ SIĘ ŚWIETNIE .

Po głowie chodzą mi słowa refrenu: "Bawię się świetnie, nie zatrzymuj mnie, nie mów mi dość, ciągle chcę więcej..." 

Mówiłam, a właściwie to pisałam kiedyś, że będę mocna, będę szybka? Chciałam biegać szybciej, wzięłam się za siebie, popracowałam na treningach, no i biegam szybciej. Może jeszcze nie tak szybko, jakbym chciała, ale w porównaniu z tym co było, różnica jest spora. Chciałam zajebiście pływać kraulem, mimo początkowego pasma klęsk, zmobilizowałam się, pływałam do upadłego, aż wypływałam sobie tego (prawie) zajebistego kraula. Rower, mimo tego całego mojego panikowania z wypinaniem, też zapowiada się nieźle. Nie boję się prędkości, jeżdżę bez problemów "na dolnym chwycie". Nie zaliczyłam ani jednej gleby, zero szlifów! I co najważniejsze, zaczynam to lubić :)

Lubię każdą tri - dyscyplinę z osobna i wszystkie razem wzięte też. Trenowanie każdej sprawia mi frajdę, więc mam tri - trenując frajdę do potęgi trzeciej. Mimo zmęczenia i życiowego majdanu, czuję radość z tego wszystkiego. I satysfakcję. I w ogóle jakoś tak inaczej, w sensie lepiej się czuję, w porównaniu z czasami, gdy "tylko" biegałam. Samo bieganie, choć i tak kocham je najbardziej, i ono właśnie dostarcza mi tych największych wzruszeń, to bez towarzystwa roweru i bez pływania wydaje mi się teraz takie jałowe. Choć to tylko moje, podkreślam, moje odczucie. 

Ale wracając na ziemię. Tak sobie ostatnio pomyślałam, że to była pierwsza zima od lat, podczas której nie byłam chora, nie leżałam z tego tytułu w łóżku, nie brałam antybiotyków. Nawet nie dopadł mnie żaden ból gardła, kaszel, katar, nic z tych rzeczy. W poprzednich latach to był standard. Zima bez anginy, bez antybiotyków i zwolnienia lekarskiego na minimum tydzień nie istniała, aż do tego roku. Aż samej mi się nie chce w to wierzyć, ale jednak sport to zdrowie. A najlepsze jest to, że specjalnie też na siebie nie dmuchałam, nie chuchałam, zdarzyło mi się niejednokrotnie biegać w deszczu i przemoknąć do suchej nitki, wyjść w pośpiechu z pływalni w niedosuszonych włosach i jeszcze zapomnieć o czapce. Albo w temperaturze około zera stopni, zakładać wiosenne baleriny, bo "szybciej się je ściąga na basenie". 
Może zadziałała tu zasada, że złego diabli nie biorą, ale i tak jestem dowodem na to, że organizm jest w stanie znieść więcej, niż się wydaje. A gdy to pisałam, to przeszło mi przez myśl, że pasuje tu "zjeść więcej, niż się wydaje". Tak, mój do tego też jest zdolny. 

Choć coraz bliżej do tych triathlonów i coraz bardziej nie ogarniam tego, jak ja przepłynę te 1,9km, przekręcę 90km i przebiegnę 21,1km pod koniec lipca w Poznaniu, to jednak nowe życiówki i "zielone endo" umacniają moją wiarę w siebie. Jednak, kurde, jak chcę, to umiem. Więc z tym triathlonem to też wystarczy chyba "tylko" chcieć - no bo jak naprawdę chcę, to się zbieram i robię wszystko w tym kierunku, aby się udało. Póki co, zapału do pracy mi nie brakuje. Motywacji też nie. I siły napędowej całkiem sporo jeszcze zostało.

Ostatnie miesiące zleciały mi cholernie szybko, trenowałam jak osioł, a teraz będę trenować jak osioł do kwadratu, bo przecież i biegać trzeba nadal dużo, i tempo podkręcać w kraulu (można jeszcze?), i na Dżordżu jeździć dłużej i szybciej. No i w końcu trzeba zacząć robić zakładki. Póki co, na dźwięk słowa "zakładka" dostaję dreszczy.

A w ogóle to włącza mi się często coś takiego, uwaga, opisuję sytuację: mam do zrobienia dużo rzeczy w krótkim czasie. W pierwszej chwili zaczynam panikować, "aaaaa, jak ja to wszystko zdążę ogarnąć, jezuuuu, jaka jestem znowu nieogarnięta, aaaaa, nie wiem co wpierw, aaaaa", po chwili jednak się w sobie zbieram, i mówię sobie tak: "pomyśl, że jesteś teraz w strefie zmian". I to działa. Bo się skupiam i zaczynam ogarniać :)

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

7 POZNAŃ PÓŁMARATON. KREW, POT, ŁZY I TRUP.

Słońce mnie nie lubi. Wiedziałam to już od dawna, jednak kolejny raz to boleśnie odczułam. Nigdy jeszcze nie miałam tylu kryzysów podczas biegu, nie czułam takiego zmęczenia i nigdy nie musiałam tak mocno walczyć ze sobą na trasie, jak podczas tegorocznego, 7. Poznań Półmaratonu. 
Ale udało mi się osiągnąć wynik, który jeszcze do niedawna nawet mi się nie śnił, i choć celowałam przynajmniej o 5 sekund mniej, to i tak jestem bardzo zadowolona: mój wynik netto to 01:45:04
Dla porównania, moja zdetronizowana życiówka z wiosny ubiegłego roku to: 01:57:10.

Tu się dzieje życiówka :) foto: K.

Tak jak wcześniej postanowiłam, na starcie ustawiłam się koło zająca prowadzącego na czas 1:45. Ruszyliśmy przy dźwiękach Rydwanów Ognia (love...). Pierwszy kilometr z racji okołostartowego zamieszania był wolniejszy, potem zaczęło się nadrabianie straconych sekund. Biegło mi się dość lekko i wówczas byłam pewna, że żadnego problemu z utrzymaniem tempa mieć nie będę. Brałam jednak pod uwagę, że zaraz zrobi się gorąco, więc na pierwszym punkcie odżywczym wylałam na siebie zapobiegawczo 2 kubki wody, testując wodoodporność mojego tuszu do rzęs. 

Za zającem było bardzo tłoczno, przez pierwsze 5 km kopniaki, ciosy z łokci, czy inne dziwne ocieranie się o siebie, były normą. Dlatego też postanowiłam na 6. km pacemakera wyprzedzić i biec kawałek przed nim. Miałam przynajmniej przestrzeń, którą mieć w biegu lubię, a zając biegł kawałek za mną. W okolicach 8. km znajoma z trasy maratonu kapela mnichów grała swoje boskie "Highway to Hell". I chyba mi to "Hell" wyśpiewali. Niestety na 9. km wysoka temperatura i słońce zaczęły powoli mi doskwierać i zwolniłam. I przegonił mnie zając. 

Na 10. km wylałam na siebie kolejne 3 kubki wody i na chwilę odzyskałam moc. Wystarczyło jej gdzieś do 13. km. Powtarzałam sobie "wytrzymaj jakoś do kolejnego wodopoju, tam znów będzie woda...". Strasznie się dłużyły te kilometry. Walczyłam, żeby trzymać się w miarę blisko zająca. Gdzieś kolejna kapela grała "Oprócz błękitnego nieba nic nam więcej nie potrzeba". Jak ja przeklinałam to błękitne niebo! 

Na 15. km kolejne 3 kubki wody wylądowały na mnie, miałam głęboko gdzieś to, jak wyglądam, panowie z Fotomaratonu dla mnie nie istnieli, chciałam tylko w jednym kawałku przeżyć ten bieg i uratować wymarzoną życiówkę. Choć kusiło żeby zwolnić i świńskim truchtem doczłapać do mety, oj kusiło. Walczyłam ze sobą, żeby zająca jednak nie opuszczać. Próbowałam sobie w myślach powtarzać "jestem mocna", jednak moc nie chciała powrócić. Próbowałam odtwarzać w myślach słowa utworów, których zwykle podczas biegania słucham, ale nie mogłam sobie nic za żadne skarby przypomnieć. 

Nieco odżyłam na 17. km. Dotrzymywałam żwawo kroku zającom, byłam jeszcze wtedy pewna, że za podbiegiem na Baraniaka ich odstawię. Niestety pod koniec 18. km zaczęłam znów słabnąć, a na 19. i 20. zaliczyłam kolejny, najcięższy etap walki ze sobą. 

Po wdrapaniu się na podbieg na ulicy Baraniaka, był ostatni wodopój. Kolejne 4 kubki z wodą wylądowały na mnie, wyglądałam jak miss mokrego podkoszulka w wydaniu "Smashing Pąpkins". Przyśpieszyłam dość mocno, chcąc wykorzystać to, że trasa była już z górki i dogonić zająca. Niestety poczułam, że robi mi się słabo, wręcz lekko mnie zamroczyło, więc miałam w głowie do wyboru dwie opcje: "dobiegasz kilka sekund później, ledwo żywa, ale dobiegasz, albo nie dobiegasz, bo zaraz tu w tym miejscu będą Cię zbierać służby medyczne". Zająca nie udało mi się ostatecznie dogonić, choć do samego końca był bardzo blisko.

Na metę wpadłam z czasem 1:45:04, o 5 sekund później niż chciałam, ale po tym, co przeżywałam na trasie, przyjęłam ten wynik z otwartymi ramionami.

Jak się cieszyłam, że nie założyłam paska do pomiaru tętna! Na bank by zsuwał i mnie wkurzał. Dobrze zrobiłam też, że nie zabrałam muzyki. Nie dość, że sama w sobie by mnie wkurzała, dekoncentrowała, to do tego doszedłby problem wypadających słuchawek i plączącego się kabla. Na trasie nic nie jadłam. Nie byłam w stanie nic, poza izotonikiem przełknąć. Na widok czekolady i cukru przy wodopojach robiło mi się niedobrze. 

Czy mogłam urwać te 5 sekund? Może i tak, gdyby na trasie stała kapela Kings Of Leon i grała "Sex On Fire". Nieistotne. Bieg kosztował mnie naprawdę sporo, wyglądałam po nim gorzej niż po maratonie, zresztą Towarzysz Dnia (mrrrrryg!) uraczył mnie komplementem "nie wyglądałaś na mecie kwitnąco", a ja wiem, że wyglądałam jak zombie, no ale taka jest cena biegania w trupa. 

Za to satysfakcja po takim w-trupa-biegu jest ogromna. Wiedzieć, że zrobiło się wszystko, co było w mocy. Że pomimo tego, że było cholernie ciężko, trzymało się tego zająca prawie cały czas. Na tyle na ile mogłam, nie poddałam się. 

A tutaj zombie, które już nieco doszło do siebie: 

Foto: K.
I oczywiście, po tym biegu obiecałam sobie jedno: już nigdy, ale to nigdy więcej nie pobiegnę w trupa. To było naprawdę ostatni raz. Przyrzekam.

(Żartowałam!)