środa, 29 czerwca 2016

III Triathlon Pniewy. Koniec epoki Grześka (i Grażynki).

Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak się bałam triathlonu, jak tym razem. Bałam się tego powtarzalnego do bólu scenariusza - wychodzę w pierwszej części stawki z wody, a potem jestem sromotnie wyprzedzana na rowerze. Z drugiej strony, dlaczego miałoby być inaczej, skoro jeździłam ostatnio tyle, co nic. A skoro to najsłabsza dyscyplina, to powinnam temu bajku największą uwagę poświęcić. Poza tym, nie ma co się oszukiwać, "sprzętowo" też nie wygląda to najlepiej. Grzesiek cały chrzęści, wszystko w nim nadaje się do kompletnej wymiany, miałam wymienić osprzęt, ale stwierdziłam, że na ten jeden raz to bez sensu. Biegowo tragedii nie ma, udało mi się sporo odbudować, ale sądziłam, że nadal bardzo mi daleko do tego, co było dwa lata temu, gdy tu startowałam. Pływanie to jedyna dyscyplina w której się pewnie czuję, ale... na basenie. Bo na jeziorze i w pralce może wydarzyć się przecież wszystko.
Oczekiwań zatem wobec siebie wygórowanych nie miałam. Ten triathlon nie był dla mnie startem kategorii 'A'. Ot, dla przyzwoitości chciałam zejść poniżej 3 godzin, zwłaszcza że w Pniewach są krótkie strefy zmian i dość płaskie trasy. Wypadałoby ci to zrobić, Grażynko. Tak sobie powtarzałam. Powtarzałam, aż wydarzyło się BUM. Coś pękło, w głowie, w nogach, i w najmniej oczekiwanym momencie wróciło na dawne tory.



Ale przede wszystkim znów poczułam, że jestem tu, gdzie powinnam być, na swoim miejscu. Widok strefy zmian, podążających w jej kierunków męskich, umieśnionych łydek oraz rowerów był miodem na moje serce. Nawet nie przerażały mnie wzburzone fale na jeziorze, szalejący wiatr, ieeee tam, jakoś się pojedzie, Grażynie wiatr niestraszny, i tak nie umie jeździć, nawet jak go nie ma.



Zabłąkana wśród fal

Pływanie, o które byłam w miarę spokojna, nie okazało się pływaniem mojego życia. Nigdy mi nie przyszło płynąć w takich falach. A fale skutecznie utrudniały widoczność i musiałam kilka razy mocno wystawiać łeb znad wody, żeby zobaczyć boje. Było ich sporo, wszystkie żółte (łącznie z motorówką) i raz popłynęłam w odwrotnym kierunku, tak mi się popierdzieliło... Krótko mówiąc, pływanie po prostu mi nie wyszło, patrząc na to, że akurat od tej strony przygotowana byłam dość dobrze. Sporo pływałam ostatnio w jeziorze, raz nawet 4 km. Powinnam się zachowywać jak ryba w tej wodzie, a poruszałam się jak drewienko niesione mimowolnie przez fale. 


Niefajne jest też wyjście z wody pomiędzy pętlami, ale ten element sobie akurat przećwiczyłam i tragedii z oddechem po ponownym wejściu nie miałam. Podsumowując, bo za bardzo biadolę, jak już wyszłam z tej wody, po czasie 30:33 (grrr), o dziwo sprawnie ogarnęłam zegarek (po raz pierwszy multisport...), usłyszałam od znajomych, że "jesteś czwarta kobieta!" Kurde, i chyba wolałam tego nie wiedzieć... Ech, no to bajk. Czas się dać wyprzedzić.

Ale zanim dosiadłam Grześka, w T1 spędziłam 02:26, bo nie mogłam wymotać się z pianki. OJ, OJ, Grażynko! A pierwsza rzecz, którą założyłam, jak już się wymotałam, to był nr startowy :) Dlaczego tak? Aaa, przeżyłam kiedyś taki jeden dreszczowiec :)

Allez, Grażyna, allez!

Wsiadłam, wpięłam się, pojechałam. Zaczęłam z wysokiego C, bo ponad 30km/h z wiatrem bocznym, niesprzyjającym. Pięknie, ale trwało krótko. Nie umiem trzymać tempa na rowerze. A patrząc na to, ile ostatnio na nim jeździłam, nie miałam prawa spodziewać się po sobie zbyt wiele. A kręciłam w porywach 2 razy w tygodniu, rzadko więcej niż 40 km, rzadko przekraczając tempo średnie 25 km/h. Szału ni ma. Więc jak widziałam na zegarku średnie tempo powyżej 27 km/h, robiłam wszystko by utrzymać chociaż to. Jak na mnie i tak całkiem nieźle, wszak jestem rowerową Grażynką. Nie byłam w stanie włączyć się do żadnego pociągu na dłużej niż minutę (drafting był dozwolony), bo nie byłam stanie utrzymać tempa. A wielu proponowało "wsiadaj na koło". Ech... Tyle zmarnowanych okazji, to skutki tego grażyństwa :( Jednak po cichu muszę się przyznać: nie chcę być już dłużej taką grażynką. Mam postanowienie poprawy, i kolejne, jeszcze większe: wrócić do tri, ale na nowym bajku. Konto o nazwie 'nowy rower' zostało otwarte, kupka powoli, ale rośnie, a wstępne rozeznania 'towaru' już trwają. Tymczasem Grzesiek z prędkością przelotową 27.5km/h, w warunkach zdecydowanie trudnych, zakończył swoje triathlonowe życie. Co najlepsze, czas na rowerze miałam bardzo zbliżony do tego sprzed dwóch lat, kiedy do treningów na rowerze przykładałam się ciut bardziej.


W T2 zachowałam się zdecydowanie sprawniej niż w T1 (01:25). Wybiegłam ze strefy z poczuciem "hurrra, nie muszę już kręcić" a już za pierwszym zakrętem zobaczyłam 'swoich' kibiców, Anię i Jacka.

Good girl gone wild!

Biegło mi się przyjemnie, lekko i radośnie. Dwa lata temu w tym miejscu, na tym etapie walczyłam o zejście poniżej 50 minut i z porzygiem gotowym do wyjścia. Tym razem porzygu ni widu. Trasa biegowa ma 4 pętle, więc można sobie w głowie te etapy odhaczać, pomaga to też w rozłożeniu sił. 2 pierwsze pętle na luzie, trzecia przyśpieszasz, ostatnia w trupa! Mówiłam sobie. Więc gdy tak na luzie sobie biegłam pierwszą pętlę i zobaczyłam na wyświetlaczu tempo 4:35, pomyślałam sobie 'zegarek coś pierdoli'. Ciut zwolniłam, a on 4:45. I tak cały czas: 4:40, 4:50, 5:00 jak pod górkę. Kurde, Suunto jednak nie pierdoli. Co najlepsze, biegło mi się lekko, nogi mnie niosły chyba jak nigdy. Byłam w stanie zamienić słowo z innymi na trasie, krzyczeć do kibiców, do dzieci 'dajcie łaaapki, będzie piątak'. Teraz uwaga, bo to kluczowy moment :) Otóż, na początku trzeciej pętli usłyszałam jak dzwony kościelne biją południe. W głowie kalkulacja: "start był o 9:30. Jestem 2 i pół godziny na trasie. Zostało mi jakieś 4 km z hakiem. Jak je zrobię w mniej niż 20 minut, zmieszczę się z wynikiem poniżej 2:50. To będzie, aaaa!, lepiej niż 2 lata temu, kiedy byłam w swojej życiowej (dotychczas) formie. AAA! No to ooo OOO ooogień! Byle tempo utrzymać poniżej 4:50 :) Przy końcu trzeciej pętli czułam zmęczenie i trochę wyparowała już ze mnie ta lekkość biegu, ale zawzięłam się jak za starych dobrych czasów. Chcesz tego? Chcesz! No to dajesz!!! Na początku czwartej pętli, za kościołem na końcu podbiegu, zobaczyłam księdza i jego powiewającą czarną sutannę. Ostatnie namaszczenie? Aż tak źle wyglądam? Na szczęście usłyszałam od wielebnego 'powodzenia!'. Ufff. Jeszcze nie czas umierać. Czas jak najszybciej dopaść metę. Zrobić to, czego nie zrobiłam 2 lata temu. Udowodnić sobie, że jestem silniejsza, niż mi się wydaje. Przebiec dychę w czasie 47:54 i ukończyć triathlon na dystansie olimpijskim z wynikiem 02:49:42.


Do tej pory nie ogarniam tego, co mi się stało, że dychę w triathlonie pobiegłam tylko minutę gorzej od życiówki. Boję się też myśleć o tym, co by było gdybym umiała kręcić na rowerze chociaż z prędkością 30 km/h. Ale że z gdybania się wyniki i osiągi nie biorą, zacytuję to, co napisałam ostatnio w wiadomości dobremu znajomemu odnośnie przyszłego sezonu: 

"Nowy rower, dużo kręcenia zimą (trenażer i konkretny plan treningowy). Będzie ogień z dupy !!!"

Dziękuję Kochana Ekipo <3

Ale najpierw góry :)

Zdjęcia: 
Ania i Jacek, Jakub.





sobota, 25 czerwca 2016

II Wroniecka Dycha. Zaczynamy to szaleństwo...

Jakoś tak mi się poukładało (samo, oczywiście), że począwszy od zeszłej niedzieli to co tydzień gdzieś startuję. A Wroniecka Dycha zaczęła to szaleństwo (i nawet ciut zmasakrowała moje łydki, jak się dwa dni później na kozetce okazało). Bo za tydzień Pniewy - triathlon, za dwa Maraton Karkonoski, za trzy... a nie powiem, niespodzianka :) pod warunkiem, że przeżyję wcześniejsze.

3 - ci kilometr. Fot. Jakub z kija ;)
Na Wroniecką Dychę nie mogłam się nie zapisać. Po pierwsze, zadziałał sentyment, bo to tu rok temu ustanowiłam swoją aktualną życiówkę (46:53) i wskoczyłam na podium w kategorii wiekowej. Po drugie, znam część członków Wronieckiego Klubu Biegacza, widziałam z jaką pasją i zaangażowaniem podchodzili do organizacji tego biegu i uważam, że udało im się odwalić kawał dobrej roboty. Graty, WBK! :)
Startował również mój Tata, który w międzyczasie uciął sobie drzemkę od biegania, choć tak naprawdę należałoby to nazwać głębokim, zimowym snem. Tym razem nie udało mu się połamać godziny.

Nie miałam najmniejszych szans na poprawę zeszłorocznego wyniku, ani ponowne wywalczenie miejsca w kategorii. Po pierwsze, odbudowa formy idzie mozolnie, poza tym nie robiłam zbyt wielu treningów szybkościowych, bo trenowałam raczej pod góry. Po drugie - pogoda. Lampa świeciła na maksa, było bardzo ciepło. Po trzecie, czułam spore zmęczenie trenowaniem, pracą, życiem. Moim planem na bieg było zejście poniżej 50 minut... Mając w pamięci to, co biegałam rok temu, trochę boczyłam się za swoje założenia, ale wbijałam sobie do głowy: nie ma żadnego znaczenia jak biegałaś kiedyś. Jesteś tu i teraz. Na wspominaniu dawnych życiówek nie zbudujesz przyszłej formy. Praca, dieta, pozytywne nastawienie, a wszystko przyjdzie w swoim czasie. Bo przyjdzie! A teraz wróćmy do Wronek.

Słońce nie odpuszczało, było bardzo ciepło. Za ciepło. 2km rozgrzewki sprawiło, że koszulka - bokserka Smashing Pąpkins się do mnie przykleiła i już do końca tak została. Natomiast ja nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła zbyt szybko. No przyznam się, naiwna byłam, ale serio przez moment czułam, że uda mi się utrzymać tempo ok. 4:45. Niestety po trzecim kilometrze poddałam się i walczyłam o to, żeby tempo zegarek pokazywał z '4' na początku, a nie '5'.
Było ciepło, pisałam już chyba. Na widok każdego wodopoju miałam zaciesz, jak na tym zdjęciu:

fot. Jakub z kija ;)
Trasa nieco zmieniona w stosunku do ubiegłorocznej, dość kręta, co mi akurat pasowało, bo nie lubię długich prostych, a tak przynajmniej coś się dzieje i człek nie koncentruje się wyłącznie na własnym cierpieniu. A cierpienie było nawet całkiem znośne, oczywiście nie opieprzałam się, tylko robiłam ile mogłam, ale w trÓpa nie poszłam. Nawet nie powalczyłam na ostatnim kilometrze. Przede wszystkim dlatego, że nie chodziło w tym biegu o życiówkę, ponadto miałam ambitny plan wrócić do Szamotuł na rowerze, Grześ w aucie czekał i liczył na mały 30 - kilometrowy numerek. Poza tym miałam gdzieś z tyłu głowy świadomość, że czekają mnie kolejne starty za tydzień, za dwa... Ale minimum walki, które mogłam podjąć, to nie podjęłam już wyłącznie przez swoje tradycyjne roztargnienie, ponieważ nie ustawiłam sobie odpowiedniego ekranu na zegarku i nie widziałam całkowitego czasu biegu. A gdybym widziała, że jestem na pograniczu połamania 49 minut, na pewno popracowałabym bardziej w końcówce biegu. A tak wyszło 49:01. 
 
Tata, pĄMari i jedyna, która zrobiła życiówkę - Ania (fot. Jacek)
Nie czułam się jakoś specjalnie zmęczona, raczej lekko przegrzana ;) Pomysł na powrót rowerem był świetny, bo wiatr mnie ostudził ;) Rzeczy na zmianę i Grześ czekały w aucie, więc zaraz jak doszłam do siebie po biegu (czyli się najadłam ;)) odkleiłam od siebie pĄsinglet (przywarł na maksa), wdziałam rowerowe szaty, freeruny zamieniłam na espedeki i bez zbędnej napinki pokręciłam sobie ponad godzinę, wracając do domu, zaliczając po drodze odcinek specjalny po ulubionym asfalcie w kierunku Lubasza. A moje rzeczy razem z naprawdę fajnym pakietem startowym pojechały z Tatą autem. 

pełnowymiarowy ręcznik z mięsistej frotki z logo Klubu, ręka Kota, no i siatka w barwach Kolejorza ;)



środa, 8 czerwca 2016

Mari kontra Dziewicza Góra odc. 2

Witaj, Dziewicza Góro! Miło mi Cię znowu widzieć. Taka piękna jesteś wiosną. Taka cudownie zielona. Mniej miło mi po Tobie biegać, a zwłaszcza na Ciebie wbiegać. Ale przygotowałam się na to i dam z siebie wszystko. Czekałam na ten moment, a Ty na mnie od naszego poprzedniego spotkania w lutym. Jestem znowu, bo chciałam sprawdzić jak to z tym moim bieganiem jest. Obiecałam Ci przecież zresztą, że wrócę. No więc, jak już wspomniałam, jestem. Przygotowana (tak mi się zdaję), bo przecież od naszego ostatniego razu przebiegłam prawie 600 kilometrów. Zrobiłam masę podbiegów, rzetelnie wykonywałam skipy. Serio wzięłam się za siłę biegową. Nie tylko z myślą o Tobie, ale też o tym, co czeka mnie później, w lipcu i we wrześniu. Mam zamiar spotkać się z Twoimi koleżankami, innymi górami, ciut wyższymi, ciut dalej położonymi. Jednak Ciebie tu mam najbliżej, niemalże na wyciągnięcie ręki. Zawsze mogę zrobić autem te 'jedyne 50km' dla Ciebie. Żadne inne miejsce mi tak nie złoi dupska jak Ty. Nigdzie indziej w pobliżu nie nabawię się takiego bólu w łydkach, jak tu, na Twoich zbiegach. Więc wróciłam i postanowiłam pokazać Ci się z mojej najlepszej strony. Posiłować się z Tobą troszkę. Liczyłam, że tym razem nie zmusisz mnie do marszu. Że tym razem każdy podbieg pokonam biegiem. Że połamię godzinę. Liczyłam.

GrubaFotografia ;) biorę sobie to do serca
Jednak od pierwszego kilometra postanowiłaś mnie konsekwentnie karcić, do porządku przywoływać, moją pychę gasić. Od pierwszego podbiegu, tfu, podejścia! Musiałam wykonać je w marszu, nie było innego wyjścia. Za ostro było, przytkało mnie. Potem nie było lepiej. Niewydolne płuca, porzyg, kolka, a tu trzeba zaiwaniać! 9km jeszcze! Góro! Za co! Nie możesz mnie tak gnębić! Ale nie dałaś mi wyboru, musiałam się wziąć w garść, jakoś umierać biec dalej. Dawać z siebie wszystko, jednocześnie pamiętać, że jeszcze czeka mnie druga pętla, te same podbiegi, podejścia... Kurde, no nie dało się wszędzie podbiec. Tak bardzo chciałam, jednak brakuje mi jeszcze tej mocy. Wciąż na wygranej pozycji jesteś, Dziewicza Góro, choć ja tak łatwo się nie poddam, o nie! Zerkałam co chwilę zegarek i resztą sił walczyłam o utrzymanie tempa średniego poniżej 6 minut na kilometr, jakimś cudem mi się to udawało. Cudownie można na Twoich zbiegach nadrabiać. A czasami jak się dobrze rozkulałam z górki to i podbieg siłą rozpędu zrobiłam. Taka cwana byłam. Chwilami ;) Jednak kolka, zmęczenie i tętno, które oscylowało w okolicach maksymalnego, dało się we znaki. Kończąc pierwszą pętlę szczerze marzyłam, aby zamiast na drugą, skręcić na parking, do mojego auta i pojechać do domu. Uciec od Ciebie, Góro, chciałam. Nogi jednak lepiej wiedziały, co robić. Same poniosły mnie w kierunku podejść, tfu, podbiegów. Nawet jakby szybciej na nich pracowały, chyba same przetłumaczyły sobie, że to już drugi i ostatni raz, jak nie teraz ten ogień, to kiedy. A zróbmy sobie zakwasy, przecież to na dobre nam wyjdzie, zwróci się na przyszłość. Kwas mlekowy przetaczał się przez moje łydki, uda, szanowną dupę, a nawet paznokcie kochana Góro, gdy wtaczałam się na Ciebie ten ostatni raz. Jęzor po ziemi wlokłam, sapałam jak jelcz, ale TAK!, chciałam się zmęczyć, bo widziałam w tym głębszy sens. Choć zgnębiłaś mnie, to jednak zdawałam sobie sprawę z tego, że to tylko środek w drodze do celu większego kalibru. Lepiej dostać po dupie teraz i bardziej przyłożyć się do podbiegów na treningu, żeby potem na innych górach aż tak nie cierpieć (i tak będę, wiem). Zgnębiłaś mnie znów, ale dałaś mi małą nagrodę na zachętę: 2. miejsce wśród kobiet i 1. w kategorii K40. A ja do domu chciałam uciekać... Z tą kategorią to wiesz, ja jeszcze nie czuję się na to moje 40 ;) Ale i tak było to bardzo miłe. Osłodziło niezłamaną godzinę. Przyjmuję swój wynik 1:01:20 z pokorą i mocnym postanowieniem dalszego trenowania, zwłaszcza siły biegowej. Ponadto, droga Dziewicza Góro, znów obiecuję wrócić. Niestety nie w czerwcu, choć bardzo bym chciała, ale wypada to na półtorej doby przed triathlonem w Pniewach. A romans z Panem Triathlonem chciałabym choć na małą chwilę wskrzesić, więc, no sama rozumiesz. Ale latem lub jesienią, jeżeli tylko zaprosisz jakimś biegiem, to masz mnie jak w banku. I następnym razem nie dam się tak łatwo zgnębić, o nie!