poniedziałek, 29 kwietnia 2013

XXX BIEG KOSYNIERÓW WE WRZEŚNI - RELACJA

Decyzja o wzięciu udziału w tym biegu zapadła spontanicznie. Najpierw zasugerowała mi go Marta na swoim blogu, później zobaczyłam w środę ogłoszenie na FB, że mija ostatni dzień niższego wpisowego. Zachęcona dodatkowo przez Pawła, zgłosiłam się. Jak na złość następnego dnia pojawił się problem z bolącą stopą, a dokładniej rozbolał mnie odcisk, który mi się zrobił od biegania w Nike Lunarglide 4, wraz z połową prawej stopy... Ból był na tyle dokuczliwy, że nogę musiałam poważnie oszczędzać a Lunary poszły w odstawkę... Stąd szybka decyzja o zakupie różowych Asicsów.
(o Asicsach jeszcze będzie :))

Niedzielny poranek przywitał nas deszczem, który zachęcał bardziej do spania niż do biegania - kolejna próba charakteru... Zebraliśmy się jakoś i ruszyliśmy w godzinną podróż do Wrześni. Drogi na szczęście wiały pustkami. Gdy dotarliśmy na miejsce, rozpoczęliśmy poszukiwania biura zawodów - nie było oznaczeń po drodze jak tam dojść, ale trafiliśmy idąc za tłumem. Stanowisk do wydawania numerów startowych było sporo - mimo, że dotarłam na niecałe pół godziny przed zamknięciem biura, wszystko załatwiłam błyskawicznie. Dostałam pakiet - i tu niespodzianka spora, bo obejmował: czekoladę, banana, (oczywiście ulotkowy spam), opaskę odblaskową, talon na grochówkę i uwaga - dwie butelki piwa z regionalnego browaru Fortuna w Miłosławiu (2x0,5l żeby nie było, żadne miniaturki!). Jak za 35 zł wpisowego uważam, że pakiet całkiem niezły.

Jeżeli chodzi o sam bieg, to zęba do walki ewidentnie tego dnia nie miałam, takiego jak na Maniackiej czy na Połówce w Poznaniu. Nie planowałam pobijać swojego poprzedniego czasu, ale chciałam pobiec w miarę przyzwoicie. A podczas biegu męczyłam się praktycznie od samego początku, czułam się, jakby mi ktoś nogi powiązał, nie mogłam wyczuć w jakim biegnę tempie (ach ten brak zegarka biegowego, miałam go sobie sprawić a w kolejkę weszły buty...). Głowa odmówiła współpracy zupełnie, nie mogłam się zebrać, zmotywować, pozytywnie zaatakować tej trasy, raczej towarzyszyły mi myśli typu "niech już to się skończy bo długo nie utrzymam tego tempa". Starałam się takie myśli oddalać od siebie, jednak nastawienie do walki tego dnia miałam naprawdę kiepskie. Na 5 - tym kilometrze był koniec pierwszej pętli, wykrzesałam jakąś energię z siebie żeby się uśmiechnąć do zdjęcia. Na 8 - mym kilometrze próbowałam podjąć jakąś pseudowalkę, żeby na około 9 - tego  odpuścić i zacząć zwalniać. Cholernie zmęczona byłam, czułam, że żołądek podchodzi mi do gardła, jak nigdy... Wtedy na kilkaset metrów przed metą podbiegł do mnie Michał - znajomy z Szamotuł (który skończył bieg w ok. 40 minut) i zdopingował mnie, w zasadzie biegł ze mną kawałek i "wyprowadził" do finiszu. Zmusiłam się do ostatniej walki i jakoś dobiegłam z żołądkiem pod gardłem do mety. Nawet widok zegara z czasem, który pokazywał "52:coś" mnie wtedy nie ruszył... Po chwili, gdy doszłam do siebie, dotarło do mnie, że poprawiłam swoją życiówkę. A to ewidentnie nie był "mój dzień"... 

Podsumowując: impreza naprawdę bardzo fajnie zorganizowana. Bogaty pakiet startowy przy stosunkowo niskim wpisowym, kibice dopingowali, woda na trasie i na mecie, naprawdę sprawna i miła obsługa. Ogólnie Września jako miasto zrobiła na mnie pozytywne wrażenie - całkiem przyjemny Rynek, na którym był start i park z amfiteatrem, na którym była meta. Nie było problemu ze znalezieniem miejsca do parkowania, wszystko było blisko siebie (biuro zawodów, start, meta). Jedynym minusem było niedokładne oznaczenie kilometrów - pewnie dlatego że trasa miała dwie pętle i tabliczki się mieszały, na przykład: na początku widziałam tabliczkę "5km", przed półmetkiem "9km" za półmetkiem "3km", na szczęście pod koniec pojawiła się chyba jedyna właściwa tabliczka "8km" która tchnęła we mnie nadzieję, że niedługo kres moich męczarni. Zmęczona owszem byłam, ale nie aż tak, żeby urojenia mieć... Ogólnie rzecz ujmując, jak ktoś nie miał zegarka biegowego to mógł mieć problem z rozłożeniem siły. 

No dobrze, to teraz fotki :)

Na starcie :)

ok. 5 - tego kilometra

końcówa


ufff, po wszystkim :)

rozciąganie dynamiczne... 
rozciąganie dynamiczne cd... 

... i rozciąganie statyczne :)
Oficjalny czas jaki wybiegałam: netto 00:52:24, brutto 00:52:51. To oznacza, że zbliżam się powoli do magicznej bariery 50 minut - i co w związku z tym? :) Trzeba je złamać, koniecznie jeszcze w tym roku ;)

niedziela, 14 kwietnia 2013

"POPÓŁMARATOŃSKI CHILL"

...przynajmniej jeżeli chodzi o bieganie. Bo jeżeli chodzi o pozostałą część życia - niekoniecznie. Obiecałam sobie, że po Półmaratonie Poznańskim zrobię sobie odpoczynek od biegania - oczywiście nie w tym znaczeniu, że zupełnie porzucę bieganie. Po prostu biegać będę wtedy gdy najdzie mnie na to ochota i gdy będę dysponowała czasem - ot, tak - bez żadnego planu. Cel - odpoczynek psychiczny (w tym sensie, że nic nie muszę z uwagi brak planu) oraz odpoczynek fizyczny (czyli regeneracja, żeby się nie "zatrenować" i nie popaść w kontuzję). Za to mam zamiar skupić się na ćwiczeniach, głównie mięśni brzucha, grzbietu oraz nóg. Chciałabym móc powiedzieć też, że postanawiam nadrobić zaległości jeżeli chodzi o basen - niestety wiem, że mi się to nie uda (czas).
Przerwa w regularnym bieganiu będzie trwała najpóźniej do końca maja... W czerwcu planuję zacząć trening według konkretnego planu do Maratonu Poznańskiego. To będzie już dość konkretne obciążenie dla mojego organizmu, dlatego mała regeneracja teraz mi się przyda. Ćwiczenia wzmacniające mięśnie mają także na celu przygotowanie mnie pod te obciążenia. Nie chciałabym, aby dopadła mnie później kontuzja... 
Przerwa jest także pójściem na pewnego rodzaju kompromis z mojej strony, ponieważ trzeba w końcu doprowadzić do finiszu remont mieszkania a potem zorganizować przeprowadzkę. Przed półmaratonem, większość spraw związanych z remontem spadła na Pawła. Jego cierpliwość ma duże granice, jednak czasami nadchodzi taki czas, że bieganie chwilowo musi zejść na drugi plan, bo są w życiu sprawy wymagające czasu i uwagi i to jest właśnie ten moment. W końcu biegacz też człowiek, ma swój świat i swoje problemy. Czasami trzeba poświęcić się innym sprawom niż swoja własna pasja. U mnie było tak, że najpierw Paweł musiał zrozumieć, że ja z tym maratonem "naprawdę nie żartuję". Jak już przyswoił tę informację, zawarliśmy "kompromis" - do półmaratonu biegam regularnie. Potem dwa miesiące mojego oddechu od biegania - i wtedy razem zajmujemy się remontem i przeprowadzką. A od czerwca - wdrażam nowy plan treningowy. Będziemy już "przeprowadzeni", więc teoretycznie powinien być czas. Jak nie to już ja go znajdę ;)

Ale jak już wcześniej napisałam - biegać będę, z tym że bez planu. Dzisiaj właśnie przebiegłam sobie dla przyjemności około 14,5 km z przerwami na zdjęcia. Bo jak człowiek widzi naturę skąpaną w słońcu po ekstra długiej zimie to od razu głupieje i wyciąga aparat. I pstryka. 




poniedziałek, 8 kwietnia 2013

6 POZNAŃ PÓŁMARATON. W POGONI ZA ŻÓŁTYMI BALONAMI.

6 rano pobudka. Żeby zdążyć dotrzeć o przyzwoitej porze do strefy startu, a przedtem przygotować się, wyjść z domu, dojechać do Poznania, znaleźć miejsce postojowe, przynajmniej dwa razy skorzystać z toalety, w końcu zrobić rozgrzewkę - trzeba było bez marudzenia posłuchać brutalnego dźwięku  budzika i ruszyć "cztery litery" spod ciepłej pierzyny.

Za oknem świeciło słońce, lecz rano temperatura wynosiła -2 stopnie, więc miałam dylemat (jakże babski...) w co się ubrać na bieg. W końcu zdecydowałam się na spodenki typu 3/4, golf z długim rękawem i na to koszulkę z krótkim. Na trasie doceniłam to, że nie ubrałam się zbyt grubo, bo jak przyświeciło słońce, zrobiło się po prostu gorąco.

Ustawiłam się spory kawałek za zającami na 2h:00, tak żeby mieć "ich żółte balony" w zasięgu wzroku. Mówiłam sobie w głowie, że muszę pobiec jak najlepiej, lecz nic na siłę. Wiedziałam, że nie będę w stanie utrzymać tempa pacemakerów, muszę zacząć spokojniej, a jak będę na późniejszym etapie czuła "moc" to spróbuję ich dogonić. I powtarzałam sobie "głowa, głowa, przede wszystkim głowa". Chyba nie przypadkiem ostatnimi czasy miałam okazję przeczytać słowa "wszelkie bariery tkwią w naszych głowach" - wzięłam je sobie do serca - i chyba podziałało... Ale do rzeczy :)

Wystrzał startu i Rydwany Ognia. Miałam ochotę poryczeć się z wrażenia, ten utwór na mnie wyjątkowo działa i tym razem wlał we mnie dodatkowe pokłady siły ducha. Ruszyliśmy po upływie dwóch i pół minuty. Na mniej więcej drugim kilometrze pewnego pana - biegacza poniosły emocje,  biegł pasem zieleni pomiędzy jezdniami z rozłożonymi ramionami i ryczał dosłownie chrypiącym męskim głosem Rydwany Ognia mniej więcej tak: "ta ta ta ta taaaaa - taaaaa!!! ta ta ta ta taaaaaaaaaaaaaaaaaaa". Wszyscy w koło ryczeli też. Ze śmiechu :D 

Biegłam w miarę żwawo, szybciej niż na treningach, w zasięgu wzroku miałam żółte balony gdzieś daleko przed sobą. Raczej nie spodziewałam się wówczas, że je dogonię... 

Na 5. kilometrze była woda, izotoniki, kostki cukru i czekolada. Pomyślałam sobie "full wypas" - w Szamotułach było tylko picie, a tu "na bogato" ;) Skorzystałam tylko z izotonika. Jedno, co zdążyłam już odczuć, to to, że podbiegi na trasie są wyczuwalne i będą mnie hamować. Ale były też momenty, gdzie było mocno z górki i tam starałam się nadrabiać. 

Na 10. kilometrze skusiłam się na kostkę czekolady. Niestety przestałam widzieć balony. I podbiegi coraz bardziej dokuczały. Czułam się zmęczona, ale nie umiałam zwolnić - mój organizm wpadł w taki jakby trans - mogłam biec w dotychczasowym tempie albo szybszym. Czułam że jak zwolnię to się zatrzymam. Skrzydeł dodawali kibice, którzy byli obecni na trasie, nawet motorniczy w tramwaju nam machał. 

Wbiegliśmy w Lasek Dębiński, gdzie wielu panów wykorzystało okazję, aby czmychnąć pod drzewko (zawsze uważałam, że natura pod tym względem jest niesprawiedliwa...). Nie wiem w sumie dlaczego ale tam nieco przyspieszyłam i powyprzedzałam sporo ludzi. Potem wyrównałam znów tempo i dobiegłam do 15. kilometra. Rzuciłam się na dwie kostki czekolady (jawne obżarstwo na trasie!), popiłam "pałerejdem"i czując zmęczenie myślę sobie, że jak chcę coś zawalczyć - to teraz, potem kiedy?? Gdy minęłam tabliczkę "16km" wcisnęłam gaz. Wyprzedzałam wtedy wszystkich jak leciało, oddychając tak głośno, że całe Garbary mnie chyba słyszały. 17 km. Zwolniłam, bo byłam ledwo żywa i wtedy dostrzegłam żółte balony na horyzoncie. Daleko, ale w zasięgu mojego wzroku. Znów but. Nie wiem skąd czerpałam energię do biegu, czy tę czekoladę czymś nafaszerowali, czy izotonik z czymś zmieszali, ale znów wszystkich wyprzedzałam... Czułam, że zaczynam "iść w trupa", ale wiedziałam też że jak nie spróbuję "złapać zajęcy" to będę tego potem żałować. Na 19 km zauważyłam, że balony są bliżej, że jak wykrzeszę z siebie jeszcze jakieś nieznane mi siły, to może je dogonię. Na ulicy Baraniaka - 20 km - wyhamował chyba wszystkich podbieg. Ludzie się zatrzymywali, zwalniali, szli... Mnie bolało wszystko, nigdy czegoś takiego nie miałam - zmęczenie ogromne, łzy mi leciały po twarzy dosłownie - pomyślałam sobie wówczas: "masz przedsmak maratonu!" - ale nie zwolniłam :) Wiedziałam też, że za zakrętem będzie mocno z górki w stronę mety. A balony były blisko. Już byłam pewna na 90%, że je dogonię. Na końcu podbiegu znów była okazja żeby się napić - skorzystałam z tego, po szybkim łyku izotonika rzuciłam się w ostatnią pogoń za balonami. Pacemakerów dogoniłam w połowie między 20. a 21. kilometrem. Mimo, że było z górki, to wielu ludzi miało kryzys. Panowie - zające zachęcali wszystkich do biegu, krzyczeli "dalej, dalej, do przodu, już niewiele zostało". Jak dobiegłam do nich, uśmiechnęłam się szeroko i pobiegłam do przodu. Z tyłu usłyszałam głos "a my na czas brutto biegniemy"... Pomyślałam sobie, że to chyba sen, ale jak wybiegłam zza zakrętu na ostatnią prostą do mety, ujrzałam zegar pokazujący "1:59:21... 22... 23..." to postanowiłam bez reszty oddać się mojemu marzeniu. Wpadłam na metę, gdy zegar pokazywał 1:59:38, zaciskając pięści, czując, że udało mi się niemożliwe. Przebiegłam półmaraton w czasie netto 1:57:10. Spełniłam swoje marzenie :D

Teraz już, analizując to wszystko na spokojnie, wiem, że gdybym nie dostrzegła tych balonów - nie zmobilizowałabym się do takiego stopnia, żeby tyle dać z siebie w końcówce, żeby się nie oszczędzać zwłaszcza na ostatnim podbiegu. Od 16. kilometra biegłam na granicy swoich możliwości - ale moja głowa kazała mi biec. Planowałam złamanie dwóch godzin gdzieś na jesieni, udało się to już teraz i jestem ogromnie szczęśliwa. Dało mi to również dużo do myślenia, że moje bieganie staje się coraz lepsze, pokonuję kolejne bariery - własne bariery i teraz wiem, że w przyszłości będę w stanie osiągać coraz lepsze czasy. Tylko trening, trening, rozsądny trening. I głowa. W końcu - wszystkie bariery tkwią tylko w naszych głowach :)

Jeszcze na koniec tego przydługawego posta, chciałam dodać, że nie mam "prawie żadnych" zakwasów ;) lekko bolą mnie uda i tyłek, to świadczy o tym, że muszę popracować nad wzmocnieniem mięśni pośladkowych. Nie bolą mnie ani trochę kolana, a tego się obawiałam, to też dobry znak. No i resztę dnia po półmaratonie byłam nie do życia, ospała, ledwo przytomna - w sumie nie wiem, czy to było zmęczenie czy upojenie szczęściem :D Następnego dnia, jak gdyby nigdy nic, wstałam tradycyjnie do pracy.








piątek, 5 kwietnia 2013

OSTATNI "ODDECH" PRZED PÓŁMARATONEM POZNAŃSKIM



Czas niewątpliwie szybko leci. Jeszcze niedawno podjęłam decyzję o zgłoszeniu się do Półmaratonu, a on już w najbliższą niedzielę! Przed udziałem w biegach, przychodzi zazwyczaj taki moment, kiedy zaczynamy podsumowywać nasze przygotowania, wyliczać sobie, co zrobiliśmy, czego niestety nie... Początkowe oczekiwania względem siebie muszą zmierzyć się z rzeczywistością. Na początku roku ambitnie planowałam, żeby się naprawdę przyłożyć do treningów i spróbować złamać te symboliczne "2" godziny. Bo biegam owszem z natury wolno, ale widzę też po sobie, że regularnie trenując robię szybkie postępy. Niestety - nastąpiły okoliczności, które pokrzyżowały mój misterny plan. Remont mieszkania, który miał wstępnie odbywać się w czerwcu, spadł nam na głowę w styczniu, więc z organizacją czasu nie było łatwo. Potem lekka "awaria" kolan i konieczność poluzowania kilometrażu i prędkości. W końcu choroba, która mnie siłą wepchnęła na tydzień do łóżka i zmusiła do brania antybiotyków. Po chorobie, jak już doszłam do siebie, to dały mi się we znaki nowe buty. W życiu żadne buty nie urządziły mi tak stóp. jak moje "Lunary". Na szczęście (musi być jakiś pozytyw!) pobiegłam ładnie Maniacką Dziesiątkę, a tydzień później na treningu przebiegłam półmaraton. Jak nabrałam takiej pewności, że nic się nie może stać, że do startu została już ostatnia prosta, to w święta mój organizm postanowił się zbuntować i złapał jakieś przeziębienie - temperatura 37, kaszel... Z planowanego na niedzielę biegu wyszły nici, całe święta poświęciłam na testowanie domowych sposobów leczenia przeziębień - i chyba poskutkowało, bo przeszło. We wtorek i czwartek już spokojnie mogłam wyjść na trening, testować nową spódniczkę do biegania z Lidla :) 

W każdym razie podsumowując treningi: przebiegłam mniej kilometrów niż zamierzałam, głównie mam na myśli wybiegania. Początkowo planowałam przebiec kilka razy powyżej 20 km, tak dla siebie, bo wiem, że przed półmaratonem to nie jest konieczne. Nie wyszło. To znaczy, wyszło tylko raz - 21,1. No i zdecydowanie za mało podbiegów i siły biegowej (skipów) - bo raz na dwa, trzy tygodnie to za mało. A z interwałów to w ogóle mogę sobie wystawić pałę. 

A nad wszystkim rozpościera się czarne widmo nieprzemijającej zimy, która doprowadza mnie do szału, żeby opisać co czuję, gdy wychodzę na trening i widzę śnieg, albo jeszcze zawiewa mi w twarz tym śniegiem - musiałabym tu użyć słów niecenzuralnych, więc się powstrzymam... 

Niemniej - półmaraton w niedzielę, cieszyć się z tego należy, choć czasem o optymizm ciężko. Adrenalina przedstartowa już daje się we znaki, bo na czwartkowym treningu biegłam, jakby mi nogi powiązało. Do niedzieli się rozplączą. Pakiet startowy odebrany, numer jeszcze nie przypięty, bo nie zdecydowałam w czym biegnę. Obawiam się, że prędko nie zdecyduję. Czekam na ostatnie prognozy pogody i mam nadzieję, że nie będzie wiatru ani śniegu...

A cel na najbliższą niedzielę wyznaczam sobie następujący: pobiec przede wszystkim mądrze. Nie za asekuracyjnie, ale i nie za szybko, żeby się na początku nie spalić. Chcę jak najmocniej zbliżyć się czasowo do tej magicznej bariery "2h". Ale przede wszystkim chcę zdrowa dobiec do mety i po cichu poczuć atmosferę październikowego maratonu...