czwartek, 22 czerwca 2017

Rzeźnik cz. 3 Ten Rzeźnik się nie kończy :)

Link do części pierwszej <klik> i drugiej <klik>

Na punkcie w Roztokach szybko pouzupełniałam bidony, ale tym razem wodą, bo słodkiego izo miałam szczerze dość. Jeszcze tylko 12km! tak nam powiedzieli... Tylko. 
W takich momentach nie wolno patrzeć na zegarek. Niestety na podejściu pod Hyrlatą robiłam to zbyt często. I tym sposobem ono mnie zjadało. Im wyżej, tym znów pojawiał się obraz świata zamazany, jak zza brudnej szyby. Wchodziliśmy ze względu na mnie bardzo wolno. Wiedzieliśmy już, że będziemy na mecie w okolicach limitu czasu. Wiedzieliśmy, że ognia w końcówce nie będzie. Że ja nie dam rady przyśpieszyć na podejściach, a Łuki nie jest w stanie normalnie zbiegać. Mało tego, zachciało mi się jeszcze jednej przerwy... Łuki do bólu nogi się jakby przyzwyczaił, ale o szybszym zbieganiu nie było mowy. Byłam na siebie zła, że na początku w ogóle wymyśliłam jakiekolwiek cele czasowe. Łuki był temu od razu przeciwny, no ale ja to cała ja... Bez sensu było celowanie w wynik w obliczu tego, że nie przygotowałam się na ten bieg w pełni jak powinnam. Nie wiedziałam na co się piszę, czym jest ultra. I w zasadzie nadal nie umiałabym opisać, czym jest, bo to trzeba po prostu przeżyć. Pierwszy taki dystans w moim życiu i kompletnie nie wiedziałam, jak moje ciało zareaguje na taki długi wysiłek. Przecież za pierwsze górskie biegi mściło się na mnie bardzo, nie tylko zakwasami. Tym razem również się buntowało. Czułam, że resztką sił przeciągam je przez Hyrlatą. Jak już przeciągnęłam, poddałam się grawitacji i sturlałam do Lisznej co chwila zatrzymując się i czekając na Łukiego. 

tu nas nie ma...
Jedyne 5km do mety. Zostało ostatnie tego dnia podejście pod Małe Jasło. Ale najpierw trzeba było przejść przez mostek, przed którym - oczywiście - był korek ;) Postanowiliśmy nie czekać. Przeszliśmy w bród przez rzeczkę. Maksymalnie miałam do kolan. Przy okazji delektowałam się uczuciem zamoczenia zmęczonych łydek w lodowatej wodzie, Łuki nieco znieczulił swój ból, no i przy okazji umyły nam się buty.
Ostatnie podejście nie było tak długie tak wszystkie poprzednie, a bliskość końca mety sprawiła, że choć bardzo wolno, to pokonałam je bez większych kryzysów. W końcu przyszedł czas na ostatni zbieg do mety. Dźwięki grającej kapeli było słychać w oddali. A zbieg do Cisnej był chyba jednym z ostrzejszych na trasie. Tradycyjnie, jak przed wszystkimi zbiegami w ciągu ostatnich 50. km Łuki powiedział 'biegnij swoje, Mari, i czekaj na mnie na dole'. Tradycyjnie jak na wszystkich poprzednich zbiegach pomykałam po między ludźmi idącymi, opierającymi się na kijach. Prawie 80km w nogach, a ja na zbiegu nie czułam słabości w nogach, w pełni mogłam im zaufać, nawet na tym śliskim błocie. Co ok. 200m skakałam na bok trasy i czekałam na Łukiego, który na ostatnim zbiegu przyspieszył w stosunku do poprzednich. Szybko znaleźliśmy się w Cisnej. Znów trzeba było przejść ścieżką z linami, przed którymi 50km temu staliśmy w korku. A dalej już tylko mostek i kawałek do mety. Mnie nagle zaczęła rozpierać energia. Zniknęło całe to zmęczenie, nagle byłam gotowa lecieć do tej mety sprintem, cała w skowronkach. Jak to wszystko, kurde, siedzi w głowie... Przekroczyliśmy linię mety i wpadliśmy prosto na obiektyw Jacka Deneki. A co było później to już w pamięci mam jeden wielki kocioł, wiem, że było 10 pĄpek, że trochę się popłakałam, więcej śmiałam, ale i też powkurzałam na siebie. Chwilę później, jak szliśmy odebrać rzeczy z przepaków, to był mniej więcej taki dialog:
- Mari, zostałaś ultrasem!
- w chujowym stylu...

Teraz wycofuję się z tych słów, nie oceniam już tak surowo swojego stylu, odbieram ten start jako ultra przetarcie, doświadczenie do zapamiętania na całe życie, solidną lekcję samej siebie. Gdy kolejny raz zdecyduję się na ultra, inaczej podejdę do treningów oraz do samego biegu. Bez marudzenia i poczucia rozczarowania biorę wynik 15 godzin i 38 minut. Ten bieg był wypadkową naszych słabości i tyle wspólnie tego dnia byliśmy razem zdziałać. Można oczywiście siedzieć i gdybać, co bybyłogdyby nie odcięło mnie na podejściach, a Łukiego nie rozbolała noga. Albo gdybym miała kije. Może po prostu trzeba będzie za kilka w to miejsce wrócić i sprawdzić?

...i tu też nas nie ma...
Tymczasem jeszcze w Cisnej... Za metą bardzo szybko zwijaliśmy się do naszej miejscówki. Czułam, że zaczyna mi być niedobrze. W zasadzie nie byłam w stanie stać na nogach, organizm błagał mnie o pozycję horyzontalną. Czułam, że im dłużej stoję, tym bardziej mi słabo i tym bardziej chce mi się rzygać. Ekipa chciała iść coś wspólnie zjeść, ale ja po prostu czułam, że jeszcze chwilunia i padnę na glebę albo puszczę pawia. Pojechaliśmy do naszej miejscówki i jedyna czynność, którą mi się jeszcze tego dnia udało zrobić na stojąco, to wziąć prysznic. Potem już tylko z pozycji leżącej obsługiwałam fejsbunia i składałam deklaracje, że, hehe, nigdy więcej ultra ;) nie próbowałam nawet zejść na piwo do ekipy, bo mogłoby się to różnie skończyć. Nic już tego dnia nie zjadłam, a piwne zapasy wróciły do domu.

nas tu nie ma, ale jest kapusta ;)
Następnego dnia już było lepiej. Wróciłam do swojego dobrego apetytu, który opuszcza mnie jedynie w momentach, gdy jest naprawdę źle, ale nadal czułam się dziwnie rozbita i osłabiona. Za to bardzo pozytywne zaskoczenie sprawiły mi moje nogi, które następnego dnia zbiegały! po schodach, nawet po 10 godzinach jazdy w samochodzie nie zesztywniały, a zakwasy rozeszły się po 3 dniach. Niestety nie chciało mnie opuścić kiepskie samopoczucie, w końcu pojawiły się inne ciekawe przypadłości typu kaktus w gardle i wypluwanie własnych oskrzeli, co ostatecznie zmusiło mnie do pójścia do lekarza. Musiałam się poddać pierwszej od ładnych paru lat terapii antybiotykiem. Już jestem po, ale nadal dochodzę do siebie.

Noga Łukiego oczywiście po biegu spuchła, teraz jest już po konsultacji u fizjo. Wyszedł stan zapalny, uraz typowo przeciążeniowy. Noga dostała bezwzględny zakaz biegania na co najmniej 2 tygodnie. Czas ten się powoli kończy, a ona ponoć odbolała :) nic tylko patrzeć, jak zacznie znów biegać. Są ludzie, których się nie zatrzyma :)


a tu już my, jeszcze w formie ;) fot. IrmaS
A Rzeźnik... Zdecydowanie był to debiut ultra, który zapamiętam na całe życie. W magicznej aurze, bo większość dnia była mgła, która potem unosiła się nad nami. A mgła to jedno z moich ulubionych zjawisk atmosferycznych ;) W otoczeniu magicznej przyrody, bo takich gór jak Bieszczady nigdzie indziej nie ma. Takich lasów, łąk, paproci, wąskich ścieżek wijących się między liściastą rośliną sięgającą do kolan, którą najczęściej nazywałam jebaną kapustą. I co najważniejsze, swoje pierwsze ultra przeżyłam u boku Łukiego.

Wcześniej martwiłam się, czy moje nogi zregenerują się przez dwa tygodnie, żeby być potem w stanie przejść parę kroków do ołtarza w mega wysokich szpilkach, których na co dzień unikam. Nogi sprawiły mi niespodziankę, bo po trzech dniach zniknęły zakwasy, a po pięciu były jak nowo narodzone. Za to rozsypałam się ja cała. Na szczęście powoli dochodzę do siebie i czekam, czekamy! na kolejny start. Albo może przepak? Bo w zasadzie już od pewnego czasu biegniemy razem w ultra zwanym życiem. Dlatego mam wrażenie, że ten Rzeźnik trwa nadal.

wtorek, 20 czerwca 2017

Rzeźnik cz.2 Nie pytaj, czy boli...

Pierwsza część relacji tu: <klik>

Jakimś cudem noga Łukiego pozwoliła mu biec na Drodze Mirka. Ten fragment trasy, kilka kilometrów asfaltowo - szutrowej, płaskiej drogi w okolicach 50. km to ponoć niezły test dla głowy. My w zasadzie cały ten odcinek, nie licząc paru małych fragmentów pod górkę, przebiegliśmy. I dobiegliśmy do przepaku Smerek. Zapadł mi bardzo w pamięci moment, gdy liczba oznaczająca dystans na zegarku zaczęła się zbliżać do 50km. Patrz, Łuki, za chwilę zegarek po raz pierwszy w życiu pokaże mi 50km! mówiłam, myśląc, że zaraz się rozpłaczę z wrażenia. Chyba ostudziła mnie świadomość, że zostało nam jeszcze 'jedyne' 30km.
W Smerku dostaliśmy swój przepakowy worek, szybko uzupełniliśmy żele, batony i izo, których powoli zaczynałam mieć dość. Pożałowałam, że jednak nie uszykowałam sobie tej buły z serem i koncentratem pomidorowym. A ziemniaczków znów nie było... Była buła ze smalcem, której nawet za czasów gdy jadłam mięso bym nie ruszyła. Zadowoliliśmy się słonymi paluszkami. A wszystko to przy okazji szukania punktu medycznego. W końcu zapytaliśmy, gdzie taki jest. Nie ma. WTF? No nie ma. Jakiś ambulans ma tu dojechać na punkt, podobno ma być za jakiś czas, można poczekać. WTF!! Łukiemu nie pozostało nic innego jak zacisnąć zęby na 'ostatnie' niecałe 30km. W tym dwa długie mocne podejścia, jedno krótsze na koniec, i trzy ostre zbiegi po błocie. To one były największą zmorą Łukiego w tym biegu. Wtedy najbardziej napierdzielała go noga. Tymczasem moją zmorą okazały się właśnie podejścia. Tośmy się uzupełnili koncertowo :)


Zaczęło się pierwsze upierdliwe podejście pod Paprotną. Łuki zadowolony, że przynajmniej przez najbliższe kilometry nie będzie bolała go noga. Ja ochoczo zabrałam się za podejście, ale wraz ze wzrostem przewyższenia coś zaczęło być nie tak. Czułam, że powoli tracę siły. Wcale nie bolały mnie nogi, te jak na ten dystans, trzymały się całkiem nieźle. Czułam jakby ze mnie ktoś stopniowo spuszczał powietrze. No ale nic, pomyślałam, pewnie znów zbliża się jakiś kryzys, co na tym dystansie dziwić mnie nie powinno, po prostu trzeba będzie go przetrwać, robiąc swoje. Jednak nie było wszystko ok. Cieszyłam się, że utknęliśmy w powolnym pociągu, toczącym się przez wąską bieszczadzką ścieżkę pośród paproci i jagodowych krzaczków. Nie było jak wyprzedzić, więc głowa miała usprawiedliwienie dla tego bardzo turystycznego tempa. Idąc w pociągu nie sposób było nie zauważyć Piotra Dymusa buszującego wśród paproci.


Zdałam sobie już wówczas sprawę, że podejścia będą do końca biegu moją zmorą i muszę je jakoś przetrwać. Ale jak tylko zaczynało być płasko nie miałam problemu, aby poderwać się do biegu. A z górki zbiegałam zupełnie bezproblemowo, czułam się pewnie na własnych nogach, zbiegało mi się szybko i lekko, mimo błota, gdzie wielu ludzi się zatrzymywało i szło.  Do 58. km jakoś to szło, wg planu, cały czas byliśmy pewni, że 14 godzin jest spokojnie w naszym zasięgu. Jednak o jednym nie pomyśleliśmy. Że to ultra i może zdarzyć się wszystko. Łukiego noga już w zasadzie nie bolała, tylko nakurwiała. A mojej głowie chwilowo zażegnany kryzys postanowił powiedzieć 'halo, ja tu nadal jestem'. 

W okolicach 60. km poczułam, że słabnę i zaczęłam się zatrzymywać. Miałam problem z biegiem po płaskim, a spacer mnie irytował. Jak tak dalej pójdzie, to ja tego Rzeźnika przejdę, a nie przebiegnę! Ale jak tylko podrywałam się do biegu, po parunastu metrach się zatrzymywałam i ledwie szłam. Czułam jakby nogi same próbowały nieść ciało, a najcięższą część tego ciała stanowiła głowa. Miałam wrażenie, że odpłynęła z niej krew i wszystkie myśli, było mi już totalnie wszystko jedno. Czułam się jakbym była bezładną kukłą, ledwie poruszającą się, jakby głowa poszła najzwyczajniej w świecie spać, a ciało chciał się wyłączyć razem z nią. Obraz przed oczami był jeszcze mniej ostry niż zwykle, gdy nie mam okularów. Czułam, że spadło mi ciśnienie i powiedziałam Łukiemu, że jakbym się tu teraz położyła, to z automatu bym zasnęła. Może tak zareagowałam na pierwszy w życiu bieg, który zaczął się w nocy, na deficycie snu? Łuki trochę się przestraszył i zarządził chwilę odpoczynku. Położyłam się w jagodowych krzaczkach, a Łuki podniósł moje nogi do góry. Nie zasnęłam, a do mojej głowy dopłynęła krew. To było, jak się chwilę później okazało potrzebne, bo łatwiej przychodził mi bieg, choć po płaskim było go jak na lekarstwo. Do punktu w Roztokach doczłapałam się właśnie dzięki tej przerwie i dzięki temu, że było z górki. A na zbiegach o dziwo kryzys znikał. Wracałam do siebie. Obawiam się, że gdyby ten bieg do samego końca był z górki, nawet ostro i po błocie, leciałabym jak dzik. Jednak Rzeźnik to gra drużynowa... Tam, gdzie ja odzyskiwałam siły i mogłam napierać, tam Łukiemu dokuczała kontuzja. Nie był w stanie zbiegać na miarę swoich możliwości. Zbiegał dużo wolniej, w bólem, kalecząc technikę na wszystkie sposoby. Zbiegaliśmy w ten sposób, że ja leciałam do przodu swoim tempem, ale co chwilę zeskakiwałam na pobocze i czekałam na Łukiego.
I tak jakoś dotarliśmy do punktu na 68km. A na punkcie w Roztokach pierwsze czego szukaliśmy to punktu medycznego i lodu w sprayu. Oczywiście nie było... Do mety mieliśmy ok. 12km, w tym jedno długie i męczące podejście pod Hyrlatą, zbieg do Lisznej, jeszcze jedno podejście pod Małe Jasło i zbieg do Cisnej. Łuki musiał jeszcze bardziej zacisnąć zęby, a ja mieć nadzieję, że podejścia mnie nie zniszczą do końca...

cdn.

sobota, 17 czerwca 2017

Rzeźnik cz.1. Słońce (jeszcze) nie wschodzi...

Dzień przed, a w zasadzie wieczór przed. Zaczęło się najpierw błyskać. Potem zaczęło lać. I lało jak z cebra. Oczyma wyobraźni widzieliśmy wszyscy, jak góry, wcześniej suchutkie, zaczynają ściekać błotem. Mówiłam zresztą do ekipy, gdy przejeżdżaliśmy jadąc tu przez okolice Komańczy, zobaczycie, wrócimy tu jesienią na Łemko, to wszystko będzie ociekało błotem. Wykrakałam przedwcześnie.

Nie sądziłam, że potrafię się położyć spać o 20:30 i zasnąć. W zasadzie zasnęliśmy jak dzieciaki po wieczorynce i byłoby wszystko pięknie, gdyby za oknem nie zaczął drzeć paszczy jakiś bieszczadzki burek. No z całego serca miałam ochotę zabić, bo każda minuta snu była na wagę złota. Burek za oknem się darł, a ja próbowałam leżeć nieruchomo, broń borze oczu nie otwierać, żeby się tylko nie rozbudzić. Jakimś cudem znów zasnęłam, ale już nie tak głęboko jak przed szczekaniem burka, bo na dźwięk budzika o 00:30 wstałam niemal w minutę. I jakimś cudem nawet śniadanie o tej kosmicznej godzinie zjadłam. Ogarnęliśmy się na tyle sprawnie, że na odjazd autobusów dotarliśmy ciut za wcześnie.
Potem w samej Komańczy też mieliśmy dobrą chwilę do startu, więc wykorzystałam to na naukę robienia siku w krzakach, gdzie wokół wszyscy robili to samo, tylko że byli to sami faceci. Im jakoś łatwiej. Tylko czołówkę wyłącz! krzyknął mi w ostatniej chwili Łuki.

W końcu bębny i start. I słynne morze czołówek. Staraliśmy się biec, a w zasadzie żwawo iść, koło siebie, żeby się w tłumie nie pogubić. I żeby nie zacząć zbyt szybko, przed tym to chyba każdy doświadczony przestrzegał. W zasadzie pierwsze 8km to był marszobieg po asfaltowej, potem szutrowej drodze. Marszobieg we mgle... Mgła i siąpiący deszcz, i krople spadające z drzew będą nam tego dnia towarzyszyły bardzo długo. I tym samym nie spełniło się jedno z moich marzeń, żeby zobaczyć wschód słońca w górach. Kurde, będę musiała pobiec jeszcze jedno ultra.

Coś na kształt górskiego szlaku zaczęło się w okolicach 8 - 10km, wtedy to bardzo przydała się czołówka. Z racji nisko zawieszonych chmur w lesie było dość ciemno, a wystające korzenie śliskie. Wtedy delikatnie zaczęliśmy wyprzedzać tych, który się rozpędzili na asfalcie. Niestety na trasie było dużo ludzi. Za dużo. Zaczęły się tworzyć 'korki' w miejscach, gdzie był strumyk i ktoś nie chciał sobie pomoczyć papci. Strasznie nas to irytowało. Nie należę do szybkich biegaczy, ale takie bezsensowne stanie i czekanie doprowadzało mnie do szału. Przecież nie dowiozę tych butów do mety ani czystych ani suchych i to góry są! Często w takich sytuacjach wyprzedzaliśmy po prostu bokiem, nie raz wdeptując w wodę. 

Pierwszy punkt kontrolny na 16km i tam Łuki udał się pierwszy raz w stronę ambulansu. Wyznał mi, że kostka, a w zasadzie stopa 'lekko zaczyna boleć'. Na punkcie jeżeli chodzi o wsparcie odżywcze niestety sama woda, więc rozcieńczyłam izo w bidonach, choć godzina jeszcze na tyle wczesna, że lepiej wchodziłoby izo. Słodkowstręt przychodzi znacznie później.

Około 20km po raz pierwszy poczułam, że coś dziwnie ciężko mi się biegnie, i że mam pierwszy chwilowy kryzys. Pierwszy, bo zdawałam sobie w pełni sprawę, że tego dnia może przyjść ich wiele. Podkreślę od razu, że bardzo pilnowałam się z jedzeniem. Na szczęście kryzysik, kryzysiątko w zasadzie szybko się wyłączyło, bo już na przepak na 32. km w Cisnej wbiegliśmy w znakomitych humorach, w zaplanowanym czasie na dotarcie do mety w okolicach 13 godzin. Bo właśnie taki był plan - okolice 14 godzin, a jak się uda to zbliżyć się do 13. Plan niestety jakieś 20km później mogliśmy wsadzić między książki.  Ale póki co, jesteśmy jeszcze na przepaku. 

korek za przepakiem w Cisnej
Łuki pierwsze co zrobił, to udał się w stronę ambulansu znieczulić nogę sprejem. Jak się później okazało, to było ostatnie znieczulenie, na jakie mógł sobie pozwolić tego dnia. Ja rzuciłam się na poszukiwanie ziemniaczków, bo coraz bardziej chodziła za mną ochota, żeby pożreć coś słonego. Zalapałam się na ostatnią ćwiarteczkę... Chlip. Bida na tym punkcie. Szybko ogarnęliśmy przepaki, dopakowaliśmy żeli, batonów, zostawiliśmy czołówki i ruszyliśmy dalej. Niestety po chwili musieliśmy się zatrzymać. W korku. Bo w Cisnej zbudowano mostek. A za mostkiem była stroma i wyślizgana od błota ścieżka, przy której zamocowane były liny (trochę mniej ekstremalna wersja Szczawnicy). Kolejka stała na kilkanaście metrów. Stoimy, stoimy, to se zjem batona. Zjadłam. Nadal stoimy. Obok pan, który robił zdjęcia, rzucił żarcikiem 'przed wami jeszcze 50km, więc jest szansa, że jeszcze będzie biec he he'. Biegacz przede mną zrobił krok pod górę po śliskim błocie i zjechał w dół prawie na mnie. Na tyłku miał dziwne dwa ślady od błota, więc w kolejce za mną rozległy się heheszki, że niby próbowałam łapać, moje tłumaczenia,że czyste rączki mam, hihihaha, czas sobie leciał, aż w końcu udało nam się dostać do lin i przeprawić. W końcu zaczęła się pierwsza poważna górka tego dnia. Prawie 10km podejścia, które jak się skończy, na zegarku będę miała dystans maratonu. I w głowie pojawiała mi się myśl, że nieuchronnie zbliżam się do granicy najdłuższego pokonanego dystansu. I że jakoś dziwnie mnie nogi nie bolą. 


Wdrapywanie się na Małe Jasło, a potem Jasło, z perspektywy czasu oceniam jako całkiem przyjemny spacer pod górę. Mieliśmy wtedy oboje koszulki z napisem 'Klub Biegacza Szamotuły' na dole z tyłu, więc często byliśmy zagadywani, to o Szamotuły, to o Poznań, to o Sieraków, i że ooo, jak wy daleko mieliście. Ale przebojem podejścia były kolorowe skarpety kompresyjne pewnej męskiej pary, które tak nam się spodobały, że od razu musieliśmy się wywiedzieć, co i jak trzeba zrobić, żeby takie mieć. Już wiemy :) I miłym sposobem przebrnęliśmy przez Jasła, a potem zaczął się zbieg. Łukiego noga postanowiła dać o sobie nieco bardziej. Po prostu nie chciała zbiegać. Na tyle postanowiła suka boleć, że w zasadzie bardziej schodził, niż zbiegał. A jak próbował zbiegać, to słyszałam za sobą jęki i stękanie z bólu. A Łuki nie jest z tych, co się nad sobą i nad bólem rozczulają. Nie wiem w którym momencie biegu, ale padło z mojej strony 'jeżeli ma cię boleć nie do wytrzymania i masz sobie zrobić krzywdę i mieć rok biegania w plecy, to nie dyskutujemy i schodzimy z trasy!'. Odpowiedź brzmiała, że nie ma takiej opcji i że nie mam pytać, czy boli... 

cdn.

czwartek, 8 czerwca 2017

Moja droga do Rz.

Bo to było tak:

Jesień. Spacer z psem. Wieczór. Ciemno. Piździ.
I idzie sobie takich dwóch. Mari i Łuki. I Mari wyznaje, że boi się ultra, ale żeby chciała. Kiedyś. Tylko musi się przełamać. A Rzeźnik to w ogóle inna sprawa. Tu jeszcze trzeba biec z kimś. Wytrzymać z tym kimś. Nie zabić. Wspierać się nawzajem w momencie kryzysu. A Mari? Zawsze biegała sama. Trudno byłoby jej się odnaleźć w parze. Wyznała Mari wówczas: "jedyną osobą z którą wyobrażam sobie pobiec Rzeźnika to Ty." I tak się zaczęło...
Na odpowiedź Łukiego nie trzeba było długo czekać: "mam pomysł! Pobiegnijmy razem Rzeźnika! Zobaczysz, będzie pięknie!"
Reszta jakby potoczyła się sama...

Łuki oznajmił wnet, że zmienia swoje startowe plany na przyszły rok. Że on chce ze mną pobiec Rzeźnika, choć trochę wątpiłam w swoje możliwości i przede wszystkim, podżerał mnie strach. Zapisaliśmy się, choć nie pałała mną żądza wygranej w losowaniu. Raczej podchodziłam do tego na zasadzie, że jak mamy pobiec, to wygramy to losowanie. A jak nie to nie. Nie jestem przesądna, ale lubię doszukiwać się znaków w małych rzeczach. Losowanie wygraliśmy. W takim razie to już czas. Czas, aby w końcu ruszyć dupę i to zrobić. Przełamać się. Przesunąć kolejne granice. Sprawdzić, czy to ultra to dla mnie jest...

Się dziecko podjarało...

Wówczas w perspektywie miałam dobre pół roku czasu na przegotowanie. Ogromnie dużo czasu. W myślach planowałam treningi: po lesie, przynajmniej raz w tygodniu, długo. Często powyżej 30km. Górki: mała, ostra, obok naszego bloku. I te ciut dalej, gdzie można non stop biegać góra - dół. Wyjazdy na Dziewiczą. Wyjazdy w góry... Start w Prehybie i Toporku. Regularny crossfit. Ależ będzie się działo! Najarana byłam na trenowanie jak dzik.

Błędem było wymyślenie sobie maratonu w Dębnie i planu poprawienia życiówki. Bo do przesady zaczęłam piłować asfalt. Do tego doszło zmęczenie po poprzednim sezonie, nieodleżane. To musiało się zemścić, i to dotyczyło i Łukiego, i mnie.

Kontuzje, kontuzje...

Najpierw mnie dopadło. Dupoplecy i półtora miesiąca bez biegania. Potem Łukiego dopadł ITBS. U niego na szczęście skończyło się na dwóch tygodniach. Niestety niedawno po Toporze odezwała się kontuzja, która wykluczyła Łukiego ze startu w Sierakowie. Spuchnięta kostka i ból przy zginaniu stopy. Szybko zadziałaliśmy, najpierw lekarz, potem fizjo. Powód - wiadomo, przeciążenie... Ach, ten sport. Na Rzeźnika ma pozwolenie od fizjo... Twierdzi, że nie boli i da radę... Zobaczymy.

Co mnie dręczy...

To, że przez cały luty przebiegłam zaledwie 23km i potem już nie udało mi się wskoczyć na takie obroty jakie miałam w grudniu. W grudniu przebiegłam 280km! Po powrocie po kontuzji maksymalny przebieg zaliczyłam w maju - dokładnie 270 km. Tak miało się kurzyć na górkach. Planowane nocne treningi i wyjazdy na Dziewiczą... Skończyło się na jednym wyjeździe. A nocą się nie udało ani razu.


Poczułam znowu jak to jest biegać w tempie 7:00, i co najgorsze, w tym tempie umierać. Serio nie sądziłam, że jeszcze umiem. Posadził mnie ten Rz. na dupie, a jeszcze się nie zaczął. I w takich momentach najbardziej wątpiłam, czy ja się na tego Rz. w ogóle nadaję. Tłumaczyłam sobie oczywiście, nożeprzecieżkobietotrenujesz, masz zmęczone nogi, dlatego ci ciężko. A trening na zmęczeniu na wagę złota jest! Rycz sobie jak musisz, ale rób go. Najlepiej zaraz na drugi dzień po crossficie! Lub wieczorem, po mocnych porannych setkach na basenie, o!

Zaskoczenia!

Organizm to jedna sprytna bestia jest. Mimo przerwy w trenowaniu sporo pamięta.  W kwietniu średnio przygotowana, w dobrej formie ukończyłam Wielką Prehybę. Nie przyszłoby mi kiedyś do głowy, aby pobiec maraton w górach zaliczając wcześniej 1,5 m-ca bez biegania. Biegliśmy wprawdzie wolno, ale pierwszy raz w życiu udało mi się przebiec maraton w górach bez bólu, bez ściany. To mnie bardzo pokrzepiło przez Rzeźnikiem. I postanowiłam ratować z tego Rzeźnika tyle, ile się da.


Chodziłam na crossfit, który dawał popalić i niekiedy miałam po nim zakwasy jak za dawnych czasów po maratonie. Nie sądziłam, że przez podskoki, przysiady, pompki, podciągnięcia można się tak zajechać. Zaczęłam w końcu sięgać po suplementację, bo mój organizm nie nadążał z regeneracją. Kolejne treningi mi dokładały kolejne zakwasy.

Mętlik, mętlik...
Bo nie wiem na co mnie stać. Bo jednego dnia pruję Toporka i ląduję na 5 - tym miejscu, by tydzień później umierać w lesie człapiąc w tempie 7:00. Bo niby jakoś łatwiej wchodzą mi te górki, ale przecież Rzeźnik ma... no właśnie. 80? 85km? O przewyższeniu nie wspominając... Do tej pory na stronie organizatora nie doszukałam się rzetelnej informacji. W regulaminie jest takie info: 85km i 4990 w pionie przy limicie, uwaga! 16 godzin!!! Profil trasy na stronie organizatora mówi natomiast o 80km i przewyższeniu 3700. To teraz dołóżmy info z tej strony: 84km i 4200 w pionie. Jestem trochę zła, że nie wiem do końca na co się piszę. Jak na taką dużą imprezę, taki rozjazd w podstawowych informacjach, to trochę słabe jednak jest...

Strach.

Bo wiem jak potrafią popalić góry. Pamiętam to bardzo dobrze z Maratonu Karkonoskiego, który miał zaledwie 45km, a mnie wdeptał w ziemię. Byłam na niego średnio przygotowana. Nieobiegana z górami. Poczułam jak to jest zbiegać z napierdzielającym pęcherzem pod dużym paznokciem. Jak to wtedy, kurwa, bolało! Przebijanie na własną rękę bąbla pod paznokciem, potem chirurg... Po cichu sobie myślałam, że to może był mój taki górski chrzest? Że musiałam dostać ten solidny wpierdol, żebym sobie nie pomyślała, że te góry to takie lekkie, przyjemne, i, ach, jakże one piękne są? Oby mnie wpierdol nr 2 z nawiązką nie czekał teraz. Oby ten nowy paznokieć, co wciąż w miejscu tego starego odrasta i, niestety próbuje gnój wrastać, się nie odezwał... Błagam go i głaszczę, żeby tylko te kilka dni był spokojny, a po Rz. ładnie się razem (oby) do podologa udamy. Tylko nie wrastaj mi bardziej!

Koniec - sprawdzamy!

Będę starała podejść do tego rzeczowo.
O, tak:
Najpierw Mari uszykuje sobie rzeczy do ubrania, plecak i na przepaki.
Wieczorem, a w zasadzie późnym popołudniem grzecznie zje makaron. Dużo.
Potem dziewczynka weźmie prysznic i położy się spać. Spróbuje zasnąć. Choćby jasno było.
Gdy zadzwoni budzik o godzinie 00:30 bez marudzenia wstanie. Zje bułę albo innego banana. Reszta musi zostać przyswojona na trasie.
Uda się na start.
(pewnie się poryczy...)
Wystartuje.
A potem będzie już musiała jakoś dotrzeć do tej mety.
W końcu nie biegnie sama. Ma wsparcie. Najlepsze. Ever <3




poniedziałek, 5 czerwca 2017

Triathlon Sieraków. Czy tylko skok w bok?

Zapisując się na triathlon w Sierakowie nie wiedziałam jeszcze, że na pewno pobiegnę Rzeźnika. Było to całkiem sporo czasu przed losowaniem na Rz., kiedy wysokość wpisowego była jeszcze do przełknięcia, a już powoli kończyły się miejsca na listach startowych. W momencie zapisu plan był taki, aby poprawić swoje wcześniejsze wyniki, a zwłaszcza odkuć się za start sprzed ponad dwóch lat, który mnie sponiewierał i ogólnie niezbyt fajnie go wspominam. Start w Sierkowie to miał być jednak przede wszystkim tri debiut Łukiego... Miał być. Niestety, nie rozpisując się zanadto, bo lekarskich diagnoz powtórzyć nie potrafię, ratujemy nogę przed Rzeźnikiem. Prognozy są optymistyczne, ale noga miała nie robić nic przez tydzień. Tri debiut został zatem odłożony w czasie. Wypożyczona pianka została zwrócona bez użycia, a nowy trisuit leży niewypakowany. Przyjdzie nań czas, jestem pewna, bo Łuki przez samo kibicowanie zaraził się tri. Tak mówi :)


Tymczasem startować miałam ja, choć strasznie mi się nie chciało i, dziwnie, nie wiedzieć czemu, się bałam tego startu. Było gadane, że Sieraków - Sraków, i że na ój mi ten start. W międzyczasie udane losowanie na start w Rzeźniku poprzewracało mi wszystko, znaczy się sposób trenowania mi poprzewracało. Priorytetem było bieganie i gdy tylko mogłam, biegałam. Gdy się tylko dało, to w górach. Nogi od dwóch miesięcy włażą mi ze zmęczenia w dupę, na rower czasu było jak na lekarstwo. Pływanie trenowałam wielkimi zrywami, czyli jednego tygodnia 3 razy po 3km, a przed kolejne 2 tygodnie nic. No przyznam się, że kiedyś byłam bardziej systematyczna.

Zatem w nastroju 'gdzie miałam łeb, gdy się zapisywałam' podeszłam do startu na dystansie 1/4 IM Sieraków - Sraków.


Zaczęło się pływanie i tu teoretycznie powinno pójść dobrze. Powinno. Zwłaszcza, że rolling start (świetna sprawa!) pozwolił uniknąć pralki i mogłam płynąć swoje od początku. Bo mimo wszystko coś tam na tym basenie trenowałam. Wynik 18:08 raczej średnio mnie zadowolił, choć pocieszam się tym, że dystans na zegarku (i nie tylko mi) wyszedł 1080m. Z nawigowaniem problemów nie odnotowałam, swim track wyszedł mi w miarę prosty ;) No ale trudno, w wodzie dystans pewnie najtrudniej wymierzyć, zresztą z tymi dystansami... Wolę mimo wszystko jak dodadzą w pływaniu, a na przykład odejmą na rowerze. A w Sierakowie jak co roku, tradycyjnie odjęli (hip! hip! hurrra!) i zamiast 45km było niecałe 43. Tym sposobem n i e m a l udało mi się zmieścić z etapem rowerowym w półtorej godziny. Niemal, bo zabrakło czterech sekund. Tak czy inaczej wynik rowerowy z Sierakowa poprawiłam w stosunku do zeszłych lat o ładnych parę minut. I nie włożyłam wszystkich sił w ten rower, bo spodziewałam się (słusznie) ciężkiego biegu. Umierałam w zasadzie na podjazdach, a na pozostałych odcinkach starałam się nie piłować za bardzo.
Nie jest to z pewnością zasługa treningu (bo tego w zasadzie nie było), a raczej nowego sprzętu. Przesiadłam się z aluminium i osprzętu sora na karbonową ramę na ultegrze i to zdecydowanie zadziałało. W końcu umiem rower rozpędzić do (nie śmiać się) 40km/h na zjeździe :) :) I w końcu mam rower, w którym mi działają przerzutki na podjazdach. I w końcu najprawdziwsze kolarskie fachowe ręce mi przygotowały rower na zawody (dzięki Seba!). Więc siłą rzeczy to musiało się udać.


Po zejściu z roweru wiedziałam, że połamanie '3' godzin będzie formalnością i że mogę teraz urywać z tego, co się da. Tym sposobem zaczęła dziewczynka bieganie za szybko i po ostrym początku w tempie 4:45 musiała dobrą chwilę dochodzić do siebie. Było sucho, ciepło, a ten sierakowski las lubi utrzymywać stałą, wysoką temperaturę i nie dopuszczać wiatru. Lałam na siebie wody, ile wlezie. Odżyłam na drugiej pętli, żeby w końcówce mieć satysfakcję z wyprzedzania na słynnych serpentynach. I wpaść na metę ledwie, ale łamiąc 2:50, bo z czasem 02:49:54. Niezłą frajdę sobie sprawiłam tym wynikiem! I strach pomyśleć co by było, gdybym naprawdę przygotowała się pod tri!


Tym startem pokonałam swoje sierakowskie upiory, które narodziły się po nieudanym starcie 2 lata temu. Oprócz czasów na poszczególnych dystansach (z wyjątkiem pływania) poprawiłam też strefy zmian. Miałam więcej siły na bieg z rowerem, dobiegnięcie do stanowiska, a co chyba w Sierakowie jest dość kluczowe - nie zabiła mnie na dzieńdobry górka na dobiegu do T1 z etapu pływackiego. 2 lata temu ledwie tam zipałam i szłam. W tym roku biegłam lewą stroną... Przydał się trening do Rzeźnika :)


Triathlon w Sierakowie miał być w tym zorientowanym na góry sezonie trajlonowym skokiem w bok. Efekt startu jest taki, że szukam na ten rok kolejnego tri. Szukamy razem, bo Łuki broni nie składa i swój tri debiut chce zaliczyć koniecznie w tym roku. Rozważamy obecnie start w Wolsztynie lub Przechlewie.

Triathlonowy akcent będzie miał miejsce również w sierpniu, gdzie pod szyldem Klubu Biegacza Szamotuły wystawiamy w Chodzieży skromną sztafetę na dystansie 1/4 IM. Będzie Łuki, będę ja, będzie i wyżej wspomniany Seba. Więcej napiszę o tym pewnie w swoim czasie, póki co, możecie obstawiać kto w jakiej dyscyplinie wystartuje, choć w moim przypadku to chyba oczywiste, że rower ;) 

Triathlon Sieraków 1/4 IM:

SWIM: 00:18:08
T1:00:06:15
BIKE: 01:30:04
T2: 00:02:24
RUN: 00:53: 15

Na mecie: 02:49:54.