wtorek, 28 lipca 2015

POZNAŃ CHALLENGE 2015. OPOWIEŚĆ O TRIATHLONIE.

Nie będzie to historia o tym, jak epicko rozpierdoliłam kiosk. Jak trzykrotnie na trasie umarłam, po czym już jako trup pędziłam do mety po nową życiówkę. Jak ustanowiłam kolejny, indywidualny rekord w przełamywaniu barier własnego ciała, przekraczania granic bólu. Jak zapierdalałam ponad ziemią i wskoczyłam na podium. Nie będzie w moim przypadku tego typu historii. Nie będzie, bo ja tak zwyczajnie ten triathlon pokonałam. Bez zacięcia na twarzy. Bez wkurwów na siebie za błądzenie w wodzie, za wiatr na rowerze i wolny bieg ;) Tak po prostu. 

Fot. K.

Będąc w miejscu imprezy dzień przed startem cały czas przed oczami miałam zeszły rok. Czerwony dywan na mecie. Chwila, której nigdy nie zapomnę - finisz morderczego 1/2 IM w ponad 30 stopniowym upale. Nie wiem, jak tego dokonałam, ale gdy człowiek o czymś bardzo marzy, to góry przeniesie. A w tym roku nieco nostalgiczniej, bo kurz zakochania opadł i przyszedł czas na weryfikację uczucia. Tak, nawet pojawiły się w mojej głowie pytania, czy na pewno dobrze wybrałam z tym triathlonem. Czy to nie była chwilowa mrzonka. Czy powinnam dalej w to brnąć mimo braku motyli w żołądku. Te zawody miały mi pomóc odpowiedzieć sobie na to pytanie. I zdecydowanie pomogły. 

Przed zawodami wiedziałam, że pływanie pójdzie mi obiektywnie dobrze. Rower obiektywnie słabo. Największą niewiadomą będzie bieg. Z tym moim bieganiem to trochę jest tak, że po lesie to ja mogę, długo i chętnie. Po asfalcie, w słońcu, niekoniecznie. Choć muszę się przyznać, że powoli dojrzewam do tego, aby zabrać się za jakieś treningi tempa. Powoli :) Niemniej, nie trenuję tyle, co z zeszłym roku i na pewno nie z takim zacięciem. Trochę dlatego, że nie mam do tego głowy, a może trochę też dlatego, że chcę mieć czasami trochę normalnego życia poza triathlonem. Trenuję raczej na zasadzie wyboru, co mi danego dnia pasuje, na co mam ochotę. Często bez spiny. I chyba bardziej dla podtrzymania formy niż śrubowania wyników. 

Fot. K.

Lubię Ray'a Wilsona. A najbardziej go lubię, gdy śpiewa ten utwór i ten. Ale słyszeć podczas zostawiania sprzętu w strefie zmian 'I must have dreamed a thousand dreams Been haunted by a million screams', po chwili 'You're no son, you're no son of mine', wychodząc ze strefy solowy utwór Ray'a 'American Beauty', a już na pożegnanie, niestety, 'I can feel it coming in the air tonight' - bezcenne. Na Malcie zaczęło się ściemniać, a ja nie mogłam się ruszyć do chaty, Ray trzymał mnie jak magnes. W końcu górę wziął rozsądek, wypadałoby się jednak wyspać przed zawodami. A postanowiłam się wyspać dobrze i nie jechać rano do strefy zmian, która była otwarta jedynie do godziny 7:30, co dla mnie oznaczało pobudkę o 5:00. Wiem, wiem, ryzykowałam, ale ponad godzinę snu zyskałam, i to, że normalne śniadanie przed startem zjadłam, i jeszcze to, że nie musiałam potem prawie 3 godziny czekać na start. 

Kobiałki płyną na start. Fot. K.

W okolicach startu pojawiłam się po godzinie 9, a start ostatniej fali zaplanowano na 10:10. Ostatnia fala, czyli kobiałki i najstarsze kategorie wiekowe mężczyzn, czyli organizacyjna powtórka z Sierakowa. To mnie nazbyt uspokoiło i nastawiłam się na brak pralki. Pamiętajcie teraz, w tri nie wolno się nastawiać na brak pralki! To są sytuacje absolutnie wyjątkowe! W Poznaniu się taka nie zdarzyła. Pralka była, praktycznie przez cały czas. Mało tego, nasza babska pralka, gdzieś w połowie dystansu, dopadła osobniki męskie z poprzedniej fali w niebieskich czepkach. Nie wiem, co musiał czuć taki nieszczęśnik, płynący sobie spokojnie żabką, gdy nagle od tyłu dopadła go ławica agresywnych bab. A kilku takich nieszczęśników mijałam, pewnie (niechcący) też skopałam nieco (choć żabkarze sami się o to proszą). A samo moje pływanie można by opisać słowem 'chaos', bo gdy nie walczyłam z pralką, to traciłam kierunek. Dawno nie uskuteczniałam pływania w jeziorze i to się zemściło. Najwięcej nadrobiłam na ostatniej prostej, bo byłam pewna, że boję trzeba będzie minąć z lewej. Dziwiłam się, dlaczego wszyscy (bo tam już byłyśmy 'wymieszane' z niebieskimi czepkami) płyną jakby skosem, nie w kierunku boi, tylko na wprost żółtej bramki. W pewnym momencie zobaczyłam jak pan w łódce mi macha ręką, ze mam płynąć w drugą stronę... Kurde, no prawie jak Leszek kiedyś w Sierakowie ;) Obrałam więc azymut na żółtą bramkę. Niestety pod bramką zrobił się lekki tłok, więc ostatnie metry płynęłam z odkrytą głową. Przy wyjściu, jeszcze w wodzie, zaliczyłam małą glebę, więc wolontariusz wyciągnął mnie za przysłowiowe szmaty (za piankę się nie dało). Mimo przygód, wydawało mi się, że popłynęłam szybko. Na dobiegu do strefy zmian minęłam K., który krzyknął, że JEST poniżej 30 minut. Okazało się potem, że wyszło 28:43. Po cichu liczyłam na 26:xx, ale no dobra, niech będzie, w końcu pływanie było z atrakcjami i zapewne przepłynęłam więcej niż 1500 m :)

Fot. K.

Strefa zmian, w odróżnieniu do lat poprzednich, została zlokalizowana w innym miejscu. Została przeniesiona na Polanę Harcerza, tym samym, w innym miejscu było wyjście z wody (bliżej stoku), a także wyjazd na trasę rowerową i bieg. Ale przede wszystkim strefy zmian się wydłużyły. Dobieg z wody strasznie się ciągnął, ale przede wszystkim, był pod górkę. Opinie i odczucia co do podbiegu były różne, wiele osób twierdziło, że sierakowska górka to było nic w porównaniu z tą, dla mnie z kolei ta była 'przyjemniejsza'. Może dlatego, że była dłuższa i nie taka stroma. A może dlatego, że w międzyczasie zaliczyłam dwa podbiegi na Śnieżkę? Tak czy inaczej, strefy zmian kosztowały sporo minut, bo poza górką długi był dobieg do trasy kolarskiej. Nabiegałam się z Grzesiem po dywanach, zanim nań wsiadłam. W T1 spędziłam 6 minut i 2 sekundy.

Fot. Robin Spec
Etap rowerowy w moim wykonaniu dzieli się na dwa dość wyraźnie zarysowane na wykresie prędkości podetapy. Już wiecie dlaczego? No właśnie :) W pierwszą stronę jechało się ba - je -cznie. Ponad 30 km/h. Oczywiście z wiatrem. Wiedziałam, co będzie się działo po nawrocie, bo widziałam miny jadących z naprzeciwka. Nie wyglądali świeżo, przyklejeni do rowerów, jakoś tak kurczowo trzymali się lemondek. Więc już zdążyłam się nastawić na trudny powrót, i, ojojoooj, był bardzo trudny. Początkowo jeszcze jakoś udawało mi się utrzymywać prędkość 28-29 km/h, ale pod koniec osłabłam i jeden kilometr to nawet pojechałam poniżej 25 km/h. Tri Mari w swojej formie ;) Podsumowując, na bajku nie spodziewałam się szału, a średnia prędkość 28,1 km/h jak na mnie to i tak nieźle. Oficjalny czas z tego etapu to 01:27:59.

W strefie zmian poszło mi wyjątkowo sprawnie. (W ogóle strefy zmian lepiej tym razem ogarniałam). Odłożyłam czynności jak reset garmina, czy ubranie czapki na dobieg, a przy stanowisku tylko odwieszenie roweru, zdjęcie kasku i szybka zmiana obuwia. w T2 spędziłam 3 minuty i 4 sekundy.

Fot. Robin Spec
Bieg zaczęłam ciut za szybko, choć usprawiedliwia mnie to, że było z górki. Pierwszy kilometr wszedł poniżej 5:00. Potem już takiego ładnego tempa nie utrzymałam. Gdy zbiegłam z Baraniaka na trasę wzdłuż Malty, doszedł do mnie z drugiej strony jeziora znajomy dźwięk - Highway To Hell w wykonaniu kapeli mnichów, znanej biorącym udział w poznańskich biegach. Mocno doskwierało mi zmęczenie materiału, pierwsze kółko wokół Malty biegłam dość zachowawczo. Liczyłam po cichu, że uda mi się przyśpieszyć na drugim, niestety przyśpieszyłam zaledwie o kilka sekund na kilometrze. Z nadzieją patrzyłam na chmury, liczyłam na orzeźwiający deszcz, niestety ten przyszedł jak już byłam za metą... Rzucałam się na kurtyny, polewałam wodą, łapałam gąbki. Było duszno i w biegu to doskwierało niestety. 

Fot. K. Hernik
Ostatecznie rozpędziłam się mijając po raz drugi kapelę mnichów i ostatni zakręt. Tam łatwiej było przyśpieszyć z uwagi na większą ilość kibiców, aktywnie wspierających triathlonistów. Przypomniał mi się Krasus, który dokładnie w tym miejscu rok temu walił w Garnek Mocy. Po chwili minęłam Kaśkę, która zaczynała swoje drugie okrążenie. Czas wkroczyć na czerwony dywan i zakończyć dzieło, zwane olimpijką w Poznaniu, co też z lekkim impetem zrobiłam. Etap biegowy (10,4km) ukończyłam z czasem 53:57. A za metą to musiałam wyglądać na mocno zmęczoną, bo jeden wolontariusz to chciał mi nawet chipa zdjąć :) To bardzo miłe było, ale podziękowałam, byłam w stanie się schylić. Za to ochoczo przyjęłam worek z lodem i włożyłam sobie za kark. O, tak, bosko. Tego mi trzeba było :)


coś mi wyrosło ;) fot. K.

Czas całościowy, który uzyskałam, to 02:59:45. Ledwo, ale udało mi się zejść poniżej 3 godzin. Choć za początku sezonu miałam zakusy na lepszy wynik, wiem, że w tej chwili to było maksimum na jakie mnie teraz stać. O tym, że zawody mnie sporo kosztowały, przekonałam się kilka chwil później, gdy niemal zasypiałam na siedząco podczas obiadu i z oczami na zapałki jechałam do domu. A wynik to tylko wynik, to się kiedyś poprawi, bo opowieść o triathlonie trwa nadal. I to jest dla mnie najważniejsze, ten start pokazał mi, że triathlon to moja bajka (choć ten rower mogliby wywalić ;) ). I że w przyszłym roku będę miała poważny konflikt góry kontra tri. Ale to za rok, a teraz zaczynam oficjalne trzęsienie tyłka przed tym, co mnie czeka we wrześniu - 1/2 IM w Przechlewie, czyli kolejny punkt zwrotny w mojej triathlonowej opowieści, a dwa tygodnie później Maraton Puszczy Noteckiej. Gdzie ja rozum podziałam, gdy ten starty planowałam, to ja naprawdę nie ogarniam! Ładny zapierdol, nie przebierając w słowach, czeka mnie przez najbliższy miesiąc! Aaaa! :)

czwartek, 16 lipca 2015

LEŚNA KOZICA, TUDZIEŻ SARNA GÓRALKA :)

Nadal bardzo mało wiem o bieganiu w górach. Jednak w stosunku do tego, jakie pojęcie (czyli żadne) o bieganiu w górach miałam przed startem na Śnieżkę, to mój zasób wiedzy w tym zakresie sporo się poszerzył. Mogę teraz sobie spojrzeć na swój dzienniczek treningowy (czyli endomondo), na leśne trasy, które katowałam, przygotowując się, i ocenić czy to wszystko co robiłam przed Karko miało sens. 


Trenowałam przed startem w Karko jak dziecko we mgle, próbując połączyć trening do triathlonu z treningiem pod bieg górski. Tak naprawdę nie miałam pojęcia jak wygląda typowy trening pod góry, nawet się nie wysiliłam, żeby cokolwiek na ten temat doczytać (wolałam czytać Scotta Jurka :P), musiałam zdać się zatem na własną intuicję. Czasu miałam mało, bo za właściwy trening pod góry zabrałam się dwa miesiące przed startem, po klapie na poznańskiej połówce. Pomysł, aby pobiec w górach już wcześniej chodził mi po głowie, jednak nie umiałam podjąć jednoznacznej decyzji o starcie, określić się konkretnie gdzie i kiedy będzie ten mój pierwszy raz. Dopiero jak Poznań dał mi tęgie baty, dotarło do mnie, że to już teraz jest ten moment, aby zamienić asfalt na las i góry. 


No właśnie. Las i góry. Bo u siebie mam las, a jechałam przecież biegać po górach. Co to miało ze sobą wspólnego? Wbrew pozorem, stwierdzam, że sporo miało. Trenowanie w lesie wcale nie musi oznaczać nudnego uklepywania kilometrów. Można w lesie zrobić WB2, podbiegi, czy krosy aktywne, które tak bardzo zaleca Guru Skarżyński. Las to nierówny teren, z reguły bardziej pofałdowany niż trasy po asfalcie. Jednak największą niewiadomą jest nawierzchnia i ukształtowanie ścieżki. Nigdy nie jest idealnie płasko, równo. Czasami zdarzy się większy dołek, kałuża, koleina, bo akurat traktor rozjechał, lub gałąź, którą trzeba ominąć. Trzeba być czujnym, aby nie wywinąć orła i generalnie patrzeć pod nogi. Nawierzchnia zmienia się w zależności od pogody. U mnie najczęściej jest dużo piachu, bo którym próba biegu w tempie 6:00 przyprawia o zawał. Czasami piach zamienia się w błoto i wtedy wystarczy chwila nieuwagi, aby popełnić koncertowe jebut w kałużę (pełną żab). Co to wszystko ma wspólnego z górami? W piachu robimy moc, która przyda nam się podejściu. Nierówna nawierzchnia uczy nawyku ciągłej koncentracji na biegu i wymaga stabilizacji. Tak naprawdę na takich karkołomnych ścieżkach wychodzi jak przykładaliśmy się do ćwiczeń na berecie. Przyzwyczajamy nogi do tego, że nie każdy krok jest taki sam, czasami trzeba inaczej postawić stopę. 


Warto zwrócić uwagę także na to, że odbicie na gruntowej nawierzchni jest zupełnie inne niż na asfalcie/betonie. W każdy krok trzeba włożyć po prostu więcej siły. Warto nie omijać fragmentów z piachem, choć tam nie ma mowy o jakiejkolwiek amortyzacji. Walcząc o pokonanie odcinka kilkunastu metrów ze stopami zapadającymi się w piach, to naprawdę niezły trening siłowy, nawet jeżeli poruszamy się w tempie 6:59 min/km ;) Dołóżmy do tego plecak z pełnym bukłakiem, czyli jakieś dodatkowe 2 kg na plecach. Wdrapując się na Śnieżkę dziękowałam sobie wielokrotnie za te treningi. Choć wykonując je, zastanawiałam się nad ich sensem, to teraz wiem, że to zdało egzamin. Warto sobie czasami utrudniać ;) Do wybiegań po lesie z plecakiem na pewno wrócę, w końcu jesienią Maraton Puszczy Noteckiej :)


Jest tylko jedna rzecz, do której nie przygotuję się u siebie w lesie: zbiegi. Doszłam do wniosku, że jedynym sposobem na przyzwyczajenie nóg do zbiegania i wypracowanie techniki zbiegów jest trening w górach. Na żadnej górce w lesie, choćby nie wiadomo jaka ostra była, nie jestem w stanie przećwiczyć jednostajnego zbiegania, na odcinku kilku(nastu) kilometrów, przez godzinę non stop. Takie rzeczy tylko w górach. Dlatego pierwszy trening w górach na pewno zaliczę jeszcze tej jesieni. A potem pewnie przyszłej wiosny... I przed kolejnym startem w górach będę w pełni przygotowana, nie tylko pod względem siłowym i wytrzymałościowym, ale również technicznym :)

środa, 8 lipca 2015

ŚNIEŻKA, DWA RAZY, POPROSZĘ! CZYLI MÓJ PIERWSZY RAZ Z GÓRAMI

Gdy miałam niespełna 9 lat, Tata zabrał mnie i mojego 5 - letniego wówczas brata na wakacje, do Karpacza. To była nasza (moja i brata) pierwsza w życiu wycieczka w góry. Tata nas nie oszczędzał, jeżeli chodzi o wędrówki, a my specjalnie nie narzekaliśmy. Przeszliśmy sporo szlaków, a na Śnieżkę, jak chyba większość turystów wdrapaliśmy się z Kopy, podjeżdżając wyciągiem. Wtedy zakochałam się w widoku skalistego Słonecznika z kotła Małego Stawu pod schroniskiem Samotnia. Latami marzyłam, aby w to miejsce wrócić. Gdy wróciłam ładne kilkanaście lat później, w międzyczasie zobaczywszy Tatry, Gorce, Bieszczady i Pieniny, stwierdziłam, że ten zachwyt nad Karkonoszami wynikał z tego, że innych gór po prostu nie znałam. Ale teraz jestem gotowa to odszczekać. Choć przy wyborze swojego startu górskiego nie kierowałam się żadnymi sentymentami, myślę, że to jednak nie mógł być przypadek. Tu, gdy byłam dzieciakiem, zakochałam się w górskich widokach i strumykach. Teraz, po kilku latach biegania, odważywszy się w końcu pobiec w góry, zakochałam się w nich po raz drugi i wiem, że na dobre. Bo że wrócę biegać w góry to wiedziałam już na pierwszym podejściu pod Śnieżkę. I mimo tego, że teraz leżę obłożona coldpackami, ledwo chodzę, ba, ledwo wstaję i siadam, a schodów unikam jak ognia, nadal pragnę w te góry wrócić. 

zwarta i gotowa na starcie
Jak już się przyznałam wcześniej, nigdy przed tym biegiem nie trenowałam w górach. Ale po górach swojego czasu sporo chodziłam. Wiedziałam jak wyglądają podejścia i zbiegi :) Znałam też ból długiego biegania, taki, jakiego doświadczałam na maratonach. Jednak nie znałam i nie wyobrażałam sobie bólu zbiegania, poczucia niemocy w nogach, strachu że nad nimi nie zapanuję i polecę na zęby, potrzaskam na kawałki. Nie wiedziałam jak to jest zbiegać i płakać z bólu, a po chwili śmiać się na głos, że tak! to jest to co kocham, jestem najszczęśliwsza że tu właśnie jestem i zbiegam sobie ze Śnieżki taka wolna i (chwilowo) beztroska. Ilu ludzi łapało się za głowę, gdy słyszało o tym moim pomyśle biegu na Śnieżkę. Wbiec? DWA RAZY? Przecież tam raz wejść się nie da! Tiaa, mi też kiedyś nie było tam łatwo wchodzić :)

Dzień przed... Słońce już się rozgrzewało :)

4 LIPCA...

Swoje tego dnia zrobiła pogoda. Było tak upalnie, że postanowiłam olać rozgrzewkę. Nie chciałam na trasę wybiegać zlana potem. Oczywiście przez sakramencki upał moja mama przeżywała ten start bardziej niż zwykle. 'Jezu, dziecko, jak ty dasz radę', 'ale jak będzie ci słabo, zejdź z trasy', no cóż, decydując się na ten wyjazd z rodzicami byłam świadoma tego, że będę spoooro słuchać :)

Bałam się i upału i przewyższeń, ale przy rodzicach starałam się tego nie pokazywać, nie chciałam ich denerwować jeszcze bardziej. Zresztą jak mnie zobaczyli rano, w dzień startu, w profesjonalnych butkach i stroju, czapką na głowie i poidłem na plecach, jakiś taki spokój wymalował się na ich twarzach. Musiałam wyglądać na przygotowaną i pewną tego co robię ;) Choć z tą pewnością to tak nie do końca...

K. odprowadził mnie na start, po czym miał inną trasą iść na Śnieżkę. Również rodzice wybierali się na Śnieżkę, wszyscy chcieli mnie gdzieś złapać na trasie. Miałam ze sobą 2 litry izo rozcieńczonego z wodą i 2 batony Chia Charge. Obiecałam K., że będę wmuszać w siebie jedzenie, nawet jak nie będę głodna. Punktów odżywczych na trasie było mało, jeden na starcie/mecie i drugi pod Domem Śląskim. Miałam założenie, aby pić na nich jak najwięcej, obawiałam się, że w tym upale 2 litry z bukłaka mogą mi nie wystarczyć. I faktycznie, piłam jak żłop... Gorzej z jedzeniem.

START - PODEJŚCIE 1

Na starcie ustawiłam się raczej z tyłu stawki. Nie miałam spiny, jeżeli chodzi o czas, chciałam pobiec 'rozważnie', z głową na karku, w końcu pierwszy raz w życiu biegłam w górach. Założenie miałam takie, że przy lekkim nachyleniu wyciągam kije i idę. Żadnego wbiegania, bo nie wiem, jak mocne są moje nogi. 

Pierwsze 1,5km biegliśmy w dół Karpacza, takie miłe złego początki ;) Dobrze, że nie robiłam rozgrzewki, bo ta przebieżka po asfalcie w zupełności mi wystarczyła. Błędem natomiast było mocowanie kijków do plecaka, bo na 2. km już trzeba było je wyciągać. Zaczęło się lekko pod górkę i stwierdziłam, że dalszy bieg nie ma sensu, że trzeba  brać kije do rąk i zasuwać marszem. Więc zaczęłam się szarpać z plecakiem, żeby je wydobyć. Och ja głupia, czemu ich nie miałam od początku w rękach! Jak już się z tym uporałam, zaczęłam marsz, a z boku wyprzedzali mnie ci, co  biegli. Spokooojnie, nie denerwuj się, oni zaraz też przestaną biec. Zobaczysz, że jeszcze ich wyprzedzisz. I tak rzeczywiście było. Po chwili zaczęłam wymijać coraz więcej osób. I w zasadzie pod górkę częściej wyprzedzałam, niż byłam wyprzedzana. Bardzo dobrze współpracowało mi się z kijkami, tym razem żadnego nie wbiłam sobie w udo ;) Bardzo mi chłopaki (czyli kije) pomogły, aż z tej wdzięczności chciałam im jakieś imiona nadać, ale nic sensownego w trakcie całego biegu nie wymyśliłam. Kwestia jest nadal otwarta, jeżeli ktoś z Was ma jakieś pomysły, poproszę w komciach :)
Tymczasem było coraz mocniej pod górkę, nie było słychać nic poza głośnymi oddechami. Sapali wszyscy, ja też. Muzyki nie miałam. Nie w górach. Tu jej nie potrzebuję. Podejście dokuczało coraz bardziej i powoli kończył się las, co oznaczało, że zaraz przygrzeje słońce. Oj i przygrzało. Izo z bukłaka znikało szybko, nawet starałam się oszczędzać, bo w tym tempie picia na 1. pętli 2 litry bym obaliła. A nie miałam ochoty na otwieranie i uzupełnianie bukłaka na punkcie, to dość upierdliwa robota... Za to jak sobie pomyślałam, że mam coś zjeść, to czułam włączającą się blokadę w żołądku. W końcu doszłam sama ze sobą do porozumienia, że najpóźniej na Śnieżce zjem chociaż pół batona.

Tymczasem dotarliśmy do Sowiej Przełęczy, chwilowo zrobiło się płasko. Jak zobaczyłam ścieżkę wijącą się pomiędzy kosodrzewiną i poczułam przyjemny górski wiatr, obudziło się we mnie dziecko. Dziecko chciało biec, wysoko w górach i biegło. Jeden z lepszych momentów trasy. Czysta radość i pewność tego, co robię. A Śnieżka była już całkiem blisko. Nie bałam się patrzeć w górę. Zaczęło się ostatnie podejście. Kijkami pracowałam oburącz, bo podejście było takie raczej schodkowe. Widziałam ludzi, którzy już zbiegali. Na trasie pojawili się pierwsi turyści, którzy kibicowali biegaczom. W końcu wdrapałam się po raz pierwszy... Przeszłam przez bramki, ledwo wmusiłam pół batona i zaczęłam zbiegać.

ZBIEG PIERWSZY

Ojojoj, co za dziwne uczucie! Niby grawitacja pomaga, ale od razu poczułam, że prędzej czy później odezwą się te mięśnie, które pracują po raz pierwszy w życiu. Bo zbiegałam tak naprawdę pierwszy raz w życiu. Gdy dotarłam do Domu Śląskiego napotkałam rodziców i K. K. oczywiście pierwsze co zrobił, to zaciągnął mnie do wodopoju z rozkazem 'jedz i pij' oraz skontrolował, ile zjadłam. Pół batona ?? Tylko ?? No nie mogłam więcej, naprawdę, za słodki był. Wolałam tego banana i arbuza z punktu. Popitego kolą z Biedronki :) Po chwili ruszyłam do dalszego zbiegu. Najpierw w kierunku wyciągu na Kopę, to był całkiem przyjemny odcinek, bo nachylenie było małe i kamienie tak równe, że Grześkiem bym ujechała. Potem się zaczęło... Mocno w dół się zaczęło. I nierówno, i kamieniście. Nie radziłam sobie kompletnie, nie umiałam stawiać stóp na tych kamieniach, jednocześnie musiałam walczyć z grawitacją, bo było mocno z górki. Liczyłam na szybsze tempo na zbiegach, a tu strasznie zwolniłam. Dopiero jak zaczął się odcinek szutrowy można było normalnie biec. Uważając oczywiście na zęby, bo grawitacja strasznie ciągnęła w dół, a ja już czułam lekki niedowład w nogach i bałam się jej poddać. Cały więc ten odcinek szutrowy był walką o to, aby biec wolniej. Po chwili minęłam stację wyciągu na Kopę i zostałam przez służby pokierowana w dół Karpacza. A Karpacz buchał gorącem, nie było takiego wiaterku jak w górach. Na szczęście przy trasie stały kurtyny wodne, korzystałam z każdej. Dobiegłam w końcu do punktu start/meta, w którym to miałam wybiec na druga pętlę. Widziałam ludzi kończących pierwszą pętlę. Przeszła mi myśl, czemu nie zdecydowałam się na jedną. Ciężko mi będzie, ale nie zaraz znowu tak, żeby się poddać. Przy wybiegu na drugą pętlę pan stojący przy trasie zapytał 'czy dobrze się czujesz'. Odpowiedziałam, że tak i zaczęłam iść w kierunku Górnego Karpacza. Tak, iść, o biegu nie było mowy. Wszyscy tam szli. A jak zobaczyłam swoje zdjęcie z tego nawrotu, już przestałam się dziwić, dlaczego mi pan takie pytanie zadał...


i hop na drugą pętlę...


ŚNIEŻKA - PODEJŚCIE 2

Wydostałam się w końcu z Karpacza, co dobrą chwilę trwało. Zostałam pokierowana na czerwony szlak na Śnieżkę, przez Kocioł Łomniczki. Początkowo trasa była nudna, wiodła w lesie i była prawie płaska. Jednak nie na tyle płaska, aby biec, więc szłam. Szłam dość szybko, pracując energicznie kijami, ot, taki nordic walking. Byłam prawie sama, więc sobie zaczęłam śpiewać pod nosem Bombonierkę Grzegorza Turnaua. Dziwne rzeczy ludzie śpiewają w tych górach, prawda Krasus? ;) Zaczęło mi się dłużyć, bo ciągle tylko ten las i las. I prawie płasko. To się musi kiedyś skończyć. Im dłużej będzie płasko, tym trudniejsza będzie końcówka, czułam to. I tak było... Za schroniskiem pod Łomniczką zaczęło się prawdziwe podejście. Po chwili mostek i strumyk, a w nim kąpiący się ultrasi. Przeszło mi przez myśl, żeby się rzucić w tę zimną wodę, jednak widok mokrych kamieni, po których musiałabym tam przejść, mnie odstraszył. Na bank się wypierdzielę. Poszłam dalej. Podejście było teraz już bardzo strome, przypominało podejście pod Giewont od strony Kuźnic. To była najtrudniejsza i najpiękniejsza część trasy. Wspinałam się wspierając na kijach oburącz. O dziwo nadal wyprzedzałam. Generalnie w całym tym biegu pod górkę wyprzedzałam. Minęliśmy syboliczny Cmentarz Ofiar Gór. Po prawej widziałam tablice z nazwiskami wbite w skały. Po lewej widok zapierający dech w piersiach na Kocioł Łomniczki. W górze królowała Śnieżka. Próbując zapamiętać z tego miejsca jak najwięcej, wdrapywałam się dalej.

Niestety na trasie robiło się coraz tłoczniej, bo przybywało turystów. W końcu doczłapałam się do Domu Śląskiego. Wmusiłam w siebie drugie pół batona. Znów piłam na maksa. I ruszyłam w kierunku Śnieżki. Gdzieś w tłumie usłyszałam o paralotniarzu, który rozbił się przed chwilą na Śnieżce. Nagle ogłuszył mnie sygnał karetki. Momentalnie wszyscy zeszli na bok, drogą pomknęła terenowa karetka w kierunku Śnieżki. Przypomniało mi się jak na Poz Tri co chwilę słyszałam w oddali głosy karetek. Też był wtedy taki upał. 

Wspinaczka zakosami, ten ostatni odcinek na Śnieżkę, to była walka nie tyle z wysokością, co z tłumem. Byłam zła, że o moim tempie zaczyna decydować zagęszczenie na trasie. W połowie się poddałam i nawet już nie próbowałam wyprzedzać. Ludzie stawali ze zmęczenia, nie schodzili na bok, ruch był dwustronny, a nie miałam tyle tupetu, żeby się z tymi kijkami przepychać. Nagle przed szczytem korek. Po chwili zobaczyłam, co się dzieje. Na środku trasy leżał człowiek na noszach, przykryty folią termiczną, z maską od reanimacji na twarzy, wokół niego ratownicy. Pierwsza myśl, to dobrze że tu nie ma rodziców i K. Zboczem obeszłam szlak i na jednym tchu wlazłam na ten szczyt. Mam cię, Śnieżko. Po raz drugi. Na szczycie zameldowałam wolontariuszom, że jestem, zobaczyłam kolejne służby ratownicze, tym razem od tego paralotniarza...

ZBIEG DRUGI

Złożyłam kijki i zaczęłam zbieg. W okolicach Domu Śląskiego panował tłok jak na plaży, trzeba było biec między ludźmi. Przed oczami miałam japonki, sandałki, letnie stroje. Mimo tłumu, starałam się biec jak najszybciej, bo wiedziałam, że na tym kamienistym zejściu z Kopy stracę. W końcu i ono się zaczęło. Starałam się trzymać jakiś rytm, ale kamienie były tak nierówne, że było to średnio możliwe. A nogi bolały już naprawdę mocno. Byle do tego szutrowego odcinka... Panowanie nad nogami wychodziło mi kiepsko. W końcu zaliczyłam glebę. Jedną jedyną na całej trasie. Upadania wcześniej nie ćwiczyłam, ale zrobiłam to wręcz koncertowo, bo tylko się otrzepałam i poleciałam dalej. Żadnego siniaka na pamiątkę. Nie wdało się dziecko w matkę :) A nogi z każdym odcinkiem napierdzielały coraz mocniej. Odcinek szutrowy wyciągnął z nóg resztę mocy, bo był mega stromy. Bolało tak, że zbiegałam i płakałam. Płakałam z bólu, a po chwili, jak sobie uświadamiałam, co ja tak naprawdę zrobiłam, to śmiałam się na głos. I tak na zmianę, płacz, śmiech. Łzy i radość. Kocham te góry! 

Moje uda jeszcze nigdy tak nie płonęły. Krew, pot, łzy. W zasadzie było to wszystko, biorąc pod uwagę stan moich stóp po biegu. Rzadko to robię, ale tym razem zaczęłam sobie wyznaczać kolejne punkty trasy: byle do momentu aż skończą się kamienie. Aż skończy się szutr. Byle do wyciągu na Kopę. Byle do asfaltu. Potem odliczałam każdy odcinek trasy w samym Karpaczu, każdy zakręt, każdy deptak, każdy najmniejszy zbieg, których było jeszcze sporo. Każdy w moich myślach określony przez pewien epitet na jot. Widziałam na garminie, że aby połamać 6 godzin, o którym mi się marzyło, musiałabym pruć w tempie 4:00, a to było nierealne. Nie czułam nóg, bałam się, że jak zwolnię wszystkie hamulce to polecę na zęby. Nie sądziłam że kiedykolwiek tak się ucieszę na widok Dolnego Karpacza. Metę już miałam na wyciągnięcie ręki. Tam dopiero puściło mi wszystko i zaczęłam biec, ile sił. Ludzie w kawiarniach i ogródkach, przechodnie na ulicach klaskali. Kijki uniosłam w górę. Słyszę swoje nazwisko. Nie pamiętam tego, co wtedy czułam, ale to była chyba ogromna ulga.


META

Dostałam szarfę finiszera (choć po cichu wolałabym medal...), dostawałam gratulacje z każdej strony, ale chyba słabo kontaktowałam :) Pierwsze, co zrobiłam, to poszłam pod kurtynę wodną. Potem najadłam się ciastek i arbuza. Potem tylko czekałam na transport do Górnego Karpacza, gdzie mieszkałam. Nie byłam w stanie się tam o własnych siłach wdrapać. Gdyby nie K. i rodzice, to do dziś bym tam za metą leżała.

jestem! zwycięsco! ;)

FINAL SIX :)

Mój czas brutto wyniósł 06:00:48. Zajęłam 52. miejsce open i 6. wśród kobiet. Dystans średni ukończyło 80 osób. Ponad 30 zostało niesklasyfikowanych, nie mieszcząc się w limicie czasowym (7h). Moim cichym marzeniem było poniżej 6 godzin. Myślę, że w obliczu warunków, w jakich przyszło mi się zmierzyć z tym biegiem, ten uzyskany czas jest dla mnie nieziemski. Lepiej po prostu być nie mogło. I dowiodłam, że mieszkając na nizinach, w obrzydliwie płaskim mieście, można się przygotować do biegu górskiego. Całkiem trudnego biegu górskiego :)

3 RAZY ŚNIEŻKA?

O trzecim wejściu na Śnieżkę w moim przypadku nie było mowy. Zmierzając w bólach do mety patrzyłam z podziwem i niedowierzaniem na ludzi, którzy zaczynali trzecią pętlę. Wy dopiero mieliście prawdziwą rzeźnię!

Ale cieszyłam się, że ostatecznie postanowiłam wystartować na tym podwójnym dystansie. Początkowo myślałam tylko o jednej pętli. Na podwójną namówił mnie K., gdy jeszcze aktualna była opcja, że pobiegniemy razem. Stało się tak, że pobiegłam sama. Bałam się tego biegu, że porywam się z motyką na słońce, że nie jestem gotowa na taki dystans, na taką wspinaczkę... Ale teraz już wiem, że po jednej pętli czułabym niedosyt. Czasami szaleństwo okazuje się być właściwym wyborem ;)

Mimo zakwasów, bólu, które teraz przeżywam, jestem bardziej niż pewna, że w góry wrócę. Nie planuję już żadnego górskiego startu w tym roku, bo mam na uwadze triathlony i Maraton Puszczy Noteckiej, które mnie czekają latem i jesienią. Nie chcę zajechać swoich nóg, dość kontuzji wokół mnie panuje, zaraza jakaś, a nie chcę kusić losu. Góry w tym roku jeszcze będą na pewno, ale treningowo. Takie jest moje postanowienie, zacząć trenować w górach, zwłaszcza, że w Karko aż tak daleko nie mam, jak w Tatry, czy w Biesy. Poza tym znalazłam w Karpaczu Górnym idealną miejscówkę, bardzo blisko wylotu na szlaki górskie, z takimi gospodarzami, że aż chce się wracać. Gdzie z uśmiechem na twarzy znosili nawet moje fanaberie żywieniowe ;) Miejscówkę mogę z czystym sumieniem polecić, gdyby ktoś chciał i podać namiar na priv. Natomiast wracając do mojego kolejnego startu w górach, to będzie za rok. Będę chciała zrealizować jeden ze startów swoich marzeń - Bieg Marduły, jak mi się tylko poszczęści w losowaniu... Teraz już wiem, że jestem gotowa :)

Ava napisała kiedyś na blogu Krasusa wiersz o górach, który przeczytałam jednym tchem, na końcu popuszczając łzy. Teraz po głowie tłuką mi się te słowa:

Biegnij cicho, stań na szczycie, czujesz jak ci rosną skrzydła?
Karko, Beskid, Tatry, Gorce już cię mają w swoich sidłach.

Oj, mają...

środa, 1 lipca 2015

DZIEWCZĘ Z NIZIN JEDZIE BIEGAĆ W GÓRY...

Przez ostatnie dni w głowie mam takie oto myśli:

A boś sobie wymyśliła taki start. Trzeba było wybrać ten krótki dystans. Albo inny start z mniejszym przewyższeniem. Ale nie! Musiałaś sobie wybrać trudny.
To mi ciągle dźwięczy w głowie.

Co tu mówić, boję się. Dystans - 34km, nie jest tak przerażający, co przewyższenie +-2000m! No i Śnieżka. Nigdy nie była to dla mnie szczególnie przyjemna górka do wchodzenia. Nigdy nie lubiłam tego podejścia, a i widoki w Tatrach lepsze. Ale jak dam radę, będę wielka :)

AAAAAAAAAA !!!

Przed pierwszym w życiu 'górskim' startem wypadałoby napisać, jak się do niego przygotowywałam, mieszkając na nizinach. Bo jak już kiedyś pisałam, mieszkam w sercu Wielkopolski, w mieście obrzydliwie płaskim...

I może zacznę od tego, czego nie robiłam :) Otóż najważniejszego: nie trenowałam w górach. Nawet nie pomyślałam o tym, żeby choć na jeden weekend wyskoczyć w Karko, i samej spróbować, o co właściwie chodzi z tym bieganiem w takich prawdziwych, górskich warunkach. Trochę żałuję, że się w te góry nie zebrałam. Trudno się mówi, pozostało zatem iść na żywca.

Dobra. To teraz o tym, co robiłam:


Podbiegi. Trenowałam je na górce, która ma 200m długości, pierwsze 100m jest dość łagodna, a w dalszej części się wybrzusza. Ta druga część zawsze wywoływała u mnie stan przedzawałowy. Początkowo 3-5 podbiegów na tej górce to był mój maks, przy schodzeniu marszem... Pocieszające jest to, że na ostatnim treningu podbiegłam pod tę górkę 20 razy z rzędu, zbiegając, a nie maszerując między podbiegami :) 

Tu jeszcze zimą, gdy ledwo robiłam TRZY...

Długie wybiegania. Limit czasowy mojego startu na Śnieżkę wynosi 7 godzin,  ja chyba nad wyraz ambitnie, ale bym chciała zmieścić się 6 godzinach. Tak, czy inaczej, czeka mnie długi, o ile nie najdłuższy wysiłek w życiu (Poz Tri trwał 5:50). Długie wybiegania robiłam zawsze w lesie, gdzie główne podłoże to był piach :/ Niestety nie miałam gdzie przyzwyczaić nóg do skalnego podłoża, wierzę jednak po cichu, że na tym piachu to sobie ładnie wypracowałam siłę i stabilizację. Wybiegania robiłam z plecakiem i pełnym 2. litrowym bukłakiem, żeby się do niego przyzwyczaić, żeby nauczyć się z niego korzystać i żeby było trudniej :)

Marszobiegi z kijami. Kiedy kupiłam kije, postanowiłam się z nimi na maksa otrzaskać, zanim ruszę w Karko. Na szczęście mam kilka miejsc w zasięgu 20. minut jazdy yarisem, gdzie mogłam te kije wypróbować, Puszcza Notecka kryje w sobie dużo pagórków :) Kiedyś nawet o tym pisałam tu <klik>. Ćwiczyłam stabilizację na zbiegach (piach) i podchodzenie pod stromiznę z kijami, no i sam bieg z kijami w rękach po nierównym (raz dźgnęłam się w udo, ślad jest cały czas :) )

Ach, te podjazdy. Robiłam, ale za mało. Miałam je robić ze względu na te góry i ze względu na moją słabą jazdę na bajku. Nie zrobiłam ich tylu, ile miałam w planach. Wiem, że będę musiała do nich wrócić w lipcu już tylko wyłącznie ze względu na tri. Ech...

Ćwiczenia NN do kraula i grzbiet na basenie. NN, czyli płynięcie samymi nogami do kraula. Na przykład: deska w rękach i pracujemy na maksa nogami. Na brzuchu i na grzbiecie. To samo bez deski, na brzuchu i na grzbiecie. Potem można jeszcze próbować: sama lewa noga, sama prawa, oczywiście na brzuchu i na grzbiecie. Nogi z waty gwarantowane, pod warunkiem, że się nie opierdzielamy ;) Uwzięłam się na to ćwiczenie ostatnio, żeby wzmocnić nogi. Poza tym starałam się więcej pływać grzbietem, z pomocą Karola sobie podciągnęłam ten styl, choć nigdy nie będzie on moją mocną stroną. Ale zaczynam lubić. I uskuteczniałam, żeby mięśnie pleców wzmocnić, specjalnie pod te góry.

Core stability. Bo góry to nierówny teren, więc dobrze wyćwiczona stabilizacja i mięśnie głębokie są jak najbardziej wskazane. Ćwiczyłam przede wszystkim deski, pośladki i przysiady na berecie. Nie stroniłam też od pĄpek, choć one miały znaczenie drugorzędne. Gdy miałam mało czasu, priorytet miały deski i beret.

Waga startowa. Chciałam się w końcu rozprawić z pozimowymi zapasami i zrobić miejsce na dwukilowy bukłak, i chyba częściowo mi się to udało. Nie jestem w stanie poprzeć tego liczbami, bo wagę przypadkiem (dosłownie) zbiłam podczas sprzątania łazienki ;) Do tej pory nie zaopatrzyłam się w nową. Widzę i czuję różnicę, zwłaszcza gdy biegnę, i jak mi spodnie rurki zaczynają zjeżdżać z tyłka..

Więcej przygotowań nie poczyniłam. To musi wystarczyć. Boję się, ale jednocześnie chce mi się, czuję to podniecenie typowe dla debiutu. To uczucie niewiadomej... Ale najbardziej jednego się boję: podobno góry wciągają i po nich nic nie jest takie samo. Boję się, że przepadnę tam z kretesem :)