wtorek, 15 stycznia 2013

II SAMSUNG PÓŁMARATON - SZAMOTUŁY

Niedziela, 21.10.2012


Emocje towarzyszyły mi już wcześniej, pamiętam, jak śniło mi się po nocach, że gdzieś biegnę... Z jednej strony wiedziałam już, że potrafię się zmierzyć z 21,1km, z drugiej strony starałam się zachować "respekt" do tego dystansu, bo w końcu wystarczy naprawdę niewiele, żeby sobie zaszkodzić, np. za szybko rozpocząć bieg i potem ledwo człapać do końca...

Oczywiście robiłam wszystko, żeby się fizycznie jak najlepiej przygotować - długie wybiegania po 19-20 km w niedzielne przedpołudnia na 3 i 2 tygodnie przed startem. Tydzień przed startem spokojne 13,5 km, co by zbierać siły... W pracy na czwartek i piątek zaklepałam urlop - skoro niewykorzystanego dużo, to trzeba brać!

W końcu wolny czwartek i piątek... I tak wstałam przed 8, ach to przyzwyczajenie... :) zrobiłam sobie lekkie przebieżki po lesie koło Baborówka, żeby się zbytnio nie przemęczyć, ale też żeby nogi nie zapomniały jak się biega... W końcu sobota i odebrany pakiet startowy. Nr 16 :) od razu skojarzyło mi się z pewną piosenką Billy Idola... 

Pasta party było, ale urządziłam sobie je sama w domu - ukochany makaron w sosie pomidorowym :)

Przedstartowa noc minęła na szczęście spokojnie, w pełni przespana. W końcu rano - patrzę za okno i widzę białość... Mgła jak cholera, a miało być słońce.... Temperatura 2 stopnie a miało być ok. 14... Nr startowy miałam już przypięty do koszulki z krótkim rękawem, musiałam przepinać na cieplejszy termoaktywny golf... Postanowiłam jednak zostać przy krótkich legginsach, po 2 km i tak będzie mi ciepło... W końcu gotowa, najedzona, ze spakowanym plecakiem (ciuchy na przebranie i banany) ruszyłam z Pawłem do auta, żeby podjechać jak najbliżej miejsca startu.

Pod Zamkiem Górków, gdzie zaczynała się impreza, spotkaliśmy moich rodziców. Mama przeżywała to strasznie, co chwilę mi mówiła, że jak zasłabnę, to mam zejść z trasy... W końcu przeszliśmy na linię startu czyli Rynek. Tam się delikatnie rozgrzewałam.


W końcu rozebrałam się do startu :) i ustawiłam w przedziale startowym 2:00 - 2:30 h, co by szybszym drogi nie tarasować. I wystartowaliśmy. I zaczęła się jazda z tym koksem.

A wyglądało to tak :


Z wielkim "spokojem" pokonywałam kolejne kilometry trasy :)
Najpierw przebiegaliśmy przez miasto, ulicami, które znam dobrze, bo to był rejon w którym większą część życia mieszkałam. Fajne uczucie, biec środkiem drogi, gdzie na co dzień jeżdżą auta ;)



Potem skończyło się miasto, zaczęły się pola i wioski. No i wszechobecna mgła. Ona towarzyszyła nam do końca. I chyba dobrze, bo nieco przysłoniła ogrom trasy ;) 
Kilometry upływały nadzwyczaj szybko, ku mojemu zdziwieniu nagle najpierw doszły mnie okrzyki: "woda, pałerejd!!!", następnie wyłonił się punkt żywieniowy na 5 - tym kilometrze i cała grupa wolontariuszy. Obowiązkowy łyk izotonika. I lecimy dalej :) 
Po chwili odkryłam, że wilgoć z mgły osiada m. in. na moich rzęsach które (bardzo mądrze :/ ...) postanowiłam rano pomalować tuszem, niekoniecznie wodoodpornym... Więc między 5 - tym a 10 - tym kilometrem miałam zajęcie, polegające na pozbywaniu się resztek tuszu z twarzy na pomocą frotek (całe szczęście został mi nawyk, jeszcze z lata, biegania z frotkami na nadgarstkach... kolejny raz okazały się potrzebne... )

Po 10 - tym kilometrze czułam się w pełni dobrze i zaczęłam się zastanawiać czy biec szybciej czy jeszcze trochę wyczekać... Postanowiłam jednak nie szarżować póki co. 




Docisnęłam gaz dopiero po 15 - stym a od 17- stego leciałam jak strzała (jak na moje możliwości oczywiście...). Poniosła mnie muzyka na moim ajpodzie - obowiązkowo Vangelis "Chariots Of Fire".


I w rytmie U2 "All I Want Is You" zmierzałam do mety - gdzie czekał mój największy kibic - Mama... Czekała już na ok. 300m przed metą i biegła potem gdzieś za mną do samego końca :)


A potem już czekał P., Tata, pamiątkowy medal,  ręcznik, izotonik, banan i miła niespodzianka, bo okazało się że miałam czas brutto 2:13, a spodziewałam się między 2:20 a 2:25 :)






Po tym starcie załapałam bakcyla biegowego na dobre. Biegam nadal 4 razy w tygodniu (prawie zawsze...). Co niedziela długie wybieganie - od 14 do 18 km, zależy od dnia. Rodzina już się przyzwyczaiła do mojego biegania. Biegowa garderoba nadal się powiększa. Buty powoli trzeba wymienić na nowe. Czasy na endomondo się poprawiają. Wszystko zmierza w dobrym kierunku ;)


poniedziałek, 14 stycznia 2013

JAK TO SIĘ ZACZĘŁO...

Pewnego sierpniowego tudzież lipcowego (nie pamiętam) popołudnia roku 2011 rozpierała mnie energia, nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić, snułam się po mieszkaniu, w końcu przyszła ta myśl: "pójdę pobiegać na stadion, pewnie będą mnie inni wyprzedzać, ale kit z tym, grunt żeby biec tak, aby po jednym okrążeniu nie upaść na twarz" - bo były wcześniejsze próby, niekoniecznie udane... Więc: zorganizowałam sobie jakiś "minidresik", "pseudobuty", które do biegania kompletnie się nie nadawały... i ruszyłam. Powoli, ale to baaardzo powoli zaczęłam truchtać wokół stadionu, jedno, drugie okrążenie... tak do piątego (5x400m). I ku własnemu zdziwieniu wcale nie umierałam, wręcz przeciwnie, zadowolona wróciłam do domu, z zaszczepionym bakcylem biegowym :)

I tak to się dalej toczyło... 5, 6 stadionów, potem 8, 10, 12, 15, 20 (8km)... Z czasem pojawiły się pierwsze buty do biegania z Lidla (całkiem niezłe dla początkującego biegacza), koszulki termoaktywne i legginsy, pierwszy ból kolan... Lekcja brata - fizjoterapeuty, na temat obowiązkowego rozciągania po bieganiu. Pierwsze powolne 10 km, wreszcie odważyłam się wybiec poza stadion nie przejmując się zdziwionymi spojrzeniami przechodniów.

Październik 2011 - w Szamotułach odbył się półmaraton. Patrzyłam na tych ludzi z podziwem i lekką nutką zazdrości, atmosfera tej imprezy sportowej mnie urzekła i postanowiłam wtedy: "za rok tu biegnę". Biegałam sobie więc dalej, pierwsze 12 km. Pierwsza przebiegana zima, mrozy -15, śnieg, walka z własnymi słabościami, to wszystko sprawiało mi ogromną frajdę. W końcu pomyślałam że mogę spróbować podejść do półmaratonu poznańskiego. Niestety, dopadło mnie zapalenie krtani, które na długo mnie położyło do łóżka, a potem w pracy pojawiło się zlecenie, które wymagało czasu i energii. Czyli pierwszy półmaraton wchodził w grę dopiero w Szamotułach. Mimo rezygnacji z poznańskiego półmaratonu, biegałam regularnie, w końcu pojawiło się pierwsze 16 km. Lidlowe buty w końcu zaczęły doskwierać, przyszedł czas na profesjonalne biegowe ASICSy, swoją ceną dość mocno nadszarpujące mój budżet, ale jakże potrzebne, fioletowe ;) Do tego "biegowa" garderoba też zaczęła ulegać powiększeniu, w szafach na półkach trzeba było więcej miejsca zorganizować.

W końcu na dworze zrobiło się ciepło, pogoda pozwoliła mi odkryć, że słońce mnie nie kocha, przynajmniej jak biegam - jak przygrzewa to męczę się 3 razy szybciej i biegnę 2 razy wolniej. Pojawiła się też "mała" przerwa w bieganiu czyli cudowne 2 tygodnie na Krecie w drugiej połowie czerwca 2012 czyli na Euro.

Po powrocie z wakacji cel był jasny - od sierpnia rozpocząć bezpośrednie przygotowania do półmaratonu. Na razie biegać 3x w tygodniu, w tym jedno dłuższe wybieganie, najlepiej w weekend, a od powrotu z drugiego urlopu w połowie sierpnia z Karpacza zwiększyć ilość treningów do 4x/tydzień, "wydłużać" wybiegania i planować je w niedzielne przedpołudnia. Zaczęły się wybiegania po 17km, 18 km, 19 km, pierwszy samotnie przebiegnięty półmaraton w 2:24 - wolno jak żółw, ale już przynajmniej wiedziałam, że dam radę. I powoli w głowie zaczęłam odliczać do swojego pierwszego w życiu startu.

Bóle kolan nie wracały już, pewnie dzięki rozciąganiu (dzięki Braciszek:*) i bardziej rozważnemu planowaniu kilometraża.

Jeden z elementów mojego życia, który się diametralnie zmienił to dieta. Bardziej zwracam uwagę na to, co jem, pilnuję, żeby było dużo węglowodanów i to raczej tych złożonych. Zaprzyjaźniłam się z płatkami owsianymi, żytnimi, otrębami, ziarnami, orzechami, a także makaronami, owocami, warzywami. Za to zapomniałam co to fast - food na dobre, bo wcześniej też za tego typu specjałami nie przepadałam. Mój jedyny grzech to słodycze... staram się je ograniczać, lecz nie zawsze to wychodzi.

Skutek uboczny - moja waga spadła i się ustabilizowała. Figura nabrała "zdrowych" kształtów. Nie było to moim celem, ale cóż, tak wyszło, wcale nie protestuję.

W wielkim skrócie to wszystko.... Przygoda z bieganiem trwa i nabiera nowych rumieńców. Zwłaszcza, że od teraz będę prowadzić bloga :)