poniedziałek, 8 kwietnia 2013

6 POZNAŃ PÓŁMARATON. W POGONI ZA ŻÓŁTYMI BALONAMI.

6 rano pobudka. Żeby zdążyć dotrzeć o przyzwoitej porze do strefy startu, a przedtem przygotować się, wyjść z domu, dojechać do Poznania, znaleźć miejsce postojowe, przynajmniej dwa razy skorzystać z toalety, w końcu zrobić rozgrzewkę - trzeba było bez marudzenia posłuchać brutalnego dźwięku  budzika i ruszyć "cztery litery" spod ciepłej pierzyny.

Za oknem świeciło słońce, lecz rano temperatura wynosiła -2 stopnie, więc miałam dylemat (jakże babski...) w co się ubrać na bieg. W końcu zdecydowałam się na spodenki typu 3/4, golf z długim rękawem i na to koszulkę z krótkim. Na trasie doceniłam to, że nie ubrałam się zbyt grubo, bo jak przyświeciło słońce, zrobiło się po prostu gorąco.

Ustawiłam się spory kawałek za zającami na 2h:00, tak żeby mieć "ich żółte balony" w zasięgu wzroku. Mówiłam sobie w głowie, że muszę pobiec jak najlepiej, lecz nic na siłę. Wiedziałam, że nie będę w stanie utrzymać tempa pacemakerów, muszę zacząć spokojniej, a jak będę na późniejszym etapie czuła "moc" to spróbuję ich dogonić. I powtarzałam sobie "głowa, głowa, przede wszystkim głowa". Chyba nie przypadkiem ostatnimi czasy miałam okazję przeczytać słowa "wszelkie bariery tkwią w naszych głowach" - wzięłam je sobie do serca - i chyba podziałało... Ale do rzeczy :)

Wystrzał startu i Rydwany Ognia. Miałam ochotę poryczeć się z wrażenia, ten utwór na mnie wyjątkowo działa i tym razem wlał we mnie dodatkowe pokłady siły ducha. Ruszyliśmy po upływie dwóch i pół minuty. Na mniej więcej drugim kilometrze pewnego pana - biegacza poniosły emocje,  biegł pasem zieleni pomiędzy jezdniami z rozłożonymi ramionami i ryczał dosłownie chrypiącym męskim głosem Rydwany Ognia mniej więcej tak: "ta ta ta ta taaaaa - taaaaa!!! ta ta ta ta taaaaaaaaaaaaaaaaaaa". Wszyscy w koło ryczeli też. Ze śmiechu :D 

Biegłam w miarę żwawo, szybciej niż na treningach, w zasięgu wzroku miałam żółte balony gdzieś daleko przed sobą. Raczej nie spodziewałam się wówczas, że je dogonię... 

Na 5. kilometrze była woda, izotoniki, kostki cukru i czekolada. Pomyślałam sobie "full wypas" - w Szamotułach było tylko picie, a tu "na bogato" ;) Skorzystałam tylko z izotonika. Jedno, co zdążyłam już odczuć, to to, że podbiegi na trasie są wyczuwalne i będą mnie hamować. Ale były też momenty, gdzie było mocno z górki i tam starałam się nadrabiać. 

Na 10. kilometrze skusiłam się na kostkę czekolady. Niestety przestałam widzieć balony. I podbiegi coraz bardziej dokuczały. Czułam się zmęczona, ale nie umiałam zwolnić - mój organizm wpadł w taki jakby trans - mogłam biec w dotychczasowym tempie albo szybszym. Czułam że jak zwolnię to się zatrzymam. Skrzydeł dodawali kibice, którzy byli obecni na trasie, nawet motorniczy w tramwaju nam machał. 

Wbiegliśmy w Lasek Dębiński, gdzie wielu panów wykorzystało okazję, aby czmychnąć pod drzewko (zawsze uważałam, że natura pod tym względem jest niesprawiedliwa...). Nie wiem w sumie dlaczego ale tam nieco przyspieszyłam i powyprzedzałam sporo ludzi. Potem wyrównałam znów tempo i dobiegłam do 15. kilometra. Rzuciłam się na dwie kostki czekolady (jawne obżarstwo na trasie!), popiłam "pałerejdem"i czując zmęczenie myślę sobie, że jak chcę coś zawalczyć - to teraz, potem kiedy?? Gdy minęłam tabliczkę "16km" wcisnęłam gaz. Wyprzedzałam wtedy wszystkich jak leciało, oddychając tak głośno, że całe Garbary mnie chyba słyszały. 17 km. Zwolniłam, bo byłam ledwo żywa i wtedy dostrzegłam żółte balony na horyzoncie. Daleko, ale w zasięgu mojego wzroku. Znów but. Nie wiem skąd czerpałam energię do biegu, czy tę czekoladę czymś nafaszerowali, czy izotonik z czymś zmieszali, ale znów wszystkich wyprzedzałam... Czułam, że zaczynam "iść w trupa", ale wiedziałam też że jak nie spróbuję "złapać zajęcy" to będę tego potem żałować. Na 19 km zauważyłam, że balony są bliżej, że jak wykrzeszę z siebie jeszcze jakieś nieznane mi siły, to może je dogonię. Na ulicy Baraniaka - 20 km - wyhamował chyba wszystkich podbieg. Ludzie się zatrzymywali, zwalniali, szli... Mnie bolało wszystko, nigdy czegoś takiego nie miałam - zmęczenie ogromne, łzy mi leciały po twarzy dosłownie - pomyślałam sobie wówczas: "masz przedsmak maratonu!" - ale nie zwolniłam :) Wiedziałam też, że za zakrętem będzie mocno z górki w stronę mety. A balony były blisko. Już byłam pewna na 90%, że je dogonię. Na końcu podbiegu znów była okazja żeby się napić - skorzystałam z tego, po szybkim łyku izotonika rzuciłam się w ostatnią pogoń za balonami. Pacemakerów dogoniłam w połowie między 20. a 21. kilometrem. Mimo, że było z górki, to wielu ludzi miało kryzys. Panowie - zające zachęcali wszystkich do biegu, krzyczeli "dalej, dalej, do przodu, już niewiele zostało". Jak dobiegłam do nich, uśmiechnęłam się szeroko i pobiegłam do przodu. Z tyłu usłyszałam głos "a my na czas brutto biegniemy"... Pomyślałam sobie, że to chyba sen, ale jak wybiegłam zza zakrętu na ostatnią prostą do mety, ujrzałam zegar pokazujący "1:59:21... 22... 23..." to postanowiłam bez reszty oddać się mojemu marzeniu. Wpadłam na metę, gdy zegar pokazywał 1:59:38, zaciskając pięści, czując, że udało mi się niemożliwe. Przebiegłam półmaraton w czasie netto 1:57:10. Spełniłam swoje marzenie :D

Teraz już, analizując to wszystko na spokojnie, wiem, że gdybym nie dostrzegła tych balonów - nie zmobilizowałabym się do takiego stopnia, żeby tyle dać z siebie w końcówce, żeby się nie oszczędzać zwłaszcza na ostatnim podbiegu. Od 16. kilometra biegłam na granicy swoich możliwości - ale moja głowa kazała mi biec. Planowałam złamanie dwóch godzin gdzieś na jesieni, udało się to już teraz i jestem ogromnie szczęśliwa. Dało mi to również dużo do myślenia, że moje bieganie staje się coraz lepsze, pokonuję kolejne bariery - własne bariery i teraz wiem, że w przyszłości będę w stanie osiągać coraz lepsze czasy. Tylko trening, trening, rozsądny trening. I głowa. W końcu - wszystkie bariery tkwią tylko w naszych głowach :)

Jeszcze na koniec tego przydługawego posta, chciałam dodać, że nie mam "prawie żadnych" zakwasów ;) lekko bolą mnie uda i tyłek, to świadczy o tym, że muszę popracować nad wzmocnieniem mięśni pośladkowych. Nie bolą mnie ani trochę kolana, a tego się obawiałam, to też dobry znak. No i resztę dnia po półmaratonie byłam nie do życia, ospała, ledwo przytomna - w sumie nie wiem, czy to było zmęczenie czy upojenie szczęściem :D Następnego dnia, jak gdyby nigdy nic, wstałam tradycyjnie do pracy.








18 komentarzy:

  1. Fajna relacja i ładny wynik. Gratuluję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki ;) Wynik jak na moje możliwości dobry, ale przede mną na mecie było wielu duuużo lepszych biegaczy :) pozdrawiam!

      Usuń
  2. Zejście poniżej 2h to zawsze jest już duża sprawa. Teraz się nabiegasz na 1:45 :D Gratulacje!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki ;) apetyt rośnie w miarę jedzenia, 1:45 będzie na pewno, tylko kwestia czasu ;)

      Usuń
  3. wow ale pięknie! gratulacje!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Oh, jakże podziwiam wygraną walkę z głową! Podczas każdego wyjścia na bieg mój mózg po 0,5 km twierdzi, ze mogę już wracać :))) Gratuluję pięknego efektu i spełnienia marzenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki ;) z tą głową też u mnie różnie bywało ;)

      Usuń
  5. O rety, aż się wzruszyłam jak to czytałam (z tym wsparciem mam podobnie) :) Gratuluję !!! ależ Ty jesteś wytrwała :D ja zdecydowanie spokojniej, ale z jaką satysfakcją, że dotarłam do mety :D pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) gdyby nie te balony w oddali to bym nie podjęła "walki", a tak musiałam się zmobilizować, bo cel się "uwidocznił"... Chodziło za mną to złamanie "2h" i nie mogłam odpuścić sobie okazji ;)

      Usuń
  6. Ale z Ciebie fighterka, taki ogień na końcu!!! Gratsy:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Witaj Maria.Fajny wpis i blog.Gratulacje! Też miałam w planach wyprzedzić baloniki na 2h. Nie udało się, powalczymy next time:)Pozdr, Aga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałoby się napisać baloniki nie zając... ;) ale dogonisz je kiedyś na pewno! I przegonisz :) Pozdrawiam!

      Usuń