poniedziałek, 7 kwietnia 2014

7 POZNAŃ PÓŁMARATON. KREW, POT, ŁZY I TRUP.

Słońce mnie nie lubi. Wiedziałam to już od dawna, jednak kolejny raz to boleśnie odczułam. Nigdy jeszcze nie miałam tylu kryzysów podczas biegu, nie czułam takiego zmęczenia i nigdy nie musiałam tak mocno walczyć ze sobą na trasie, jak podczas tegorocznego, 7. Poznań Półmaratonu. 
Ale udało mi się osiągnąć wynik, który jeszcze do niedawna nawet mi się nie śnił, i choć celowałam przynajmniej o 5 sekund mniej, to i tak jestem bardzo zadowolona: mój wynik netto to 01:45:04
Dla porównania, moja zdetronizowana życiówka z wiosny ubiegłego roku to: 01:57:10.

Tu się dzieje życiówka :) foto: K.

Tak jak wcześniej postanowiłam, na starcie ustawiłam się koło zająca prowadzącego na czas 1:45. Ruszyliśmy przy dźwiękach Rydwanów Ognia (love...). Pierwszy kilometr z racji okołostartowego zamieszania był wolniejszy, potem zaczęło się nadrabianie straconych sekund. Biegło mi się dość lekko i wówczas byłam pewna, że żadnego problemu z utrzymaniem tempa mieć nie będę. Brałam jednak pod uwagę, że zaraz zrobi się gorąco, więc na pierwszym punkcie odżywczym wylałam na siebie zapobiegawczo 2 kubki wody, testując wodoodporność mojego tuszu do rzęs. 

Za zającem było bardzo tłoczno, przez pierwsze 5 km kopniaki, ciosy z łokci, czy inne dziwne ocieranie się o siebie, były normą. Dlatego też postanowiłam na 6. km pacemakera wyprzedzić i biec kawałek przed nim. Miałam przynajmniej przestrzeń, którą mieć w biegu lubię, a zając biegł kawałek za mną. W okolicach 8. km znajoma z trasy maratonu kapela mnichów grała swoje boskie "Highway to Hell". I chyba mi to "Hell" wyśpiewali. Niestety na 9. km wysoka temperatura i słońce zaczęły powoli mi doskwierać i zwolniłam. I przegonił mnie zając. 

Na 10. km wylałam na siebie kolejne 3 kubki wody i na chwilę odzyskałam moc. Wystarczyło jej gdzieś do 13. km. Powtarzałam sobie "wytrzymaj jakoś do kolejnego wodopoju, tam znów będzie woda...". Strasznie się dłużyły te kilometry. Walczyłam, żeby trzymać się w miarę blisko zająca. Gdzieś kolejna kapela grała "Oprócz błękitnego nieba nic nam więcej nie potrzeba". Jak ja przeklinałam to błękitne niebo! 

Na 15. km kolejne 3 kubki wody wylądowały na mnie, miałam głęboko gdzieś to, jak wyglądam, panowie z Fotomaratonu dla mnie nie istnieli, chciałam tylko w jednym kawałku przeżyć ten bieg i uratować wymarzoną życiówkę. Choć kusiło żeby zwolnić i świńskim truchtem doczłapać do mety, oj kusiło. Walczyłam ze sobą, żeby zająca jednak nie opuszczać. Próbowałam sobie w myślach powtarzać "jestem mocna", jednak moc nie chciała powrócić. Próbowałam odtwarzać w myślach słowa utworów, których zwykle podczas biegania słucham, ale nie mogłam sobie nic za żadne skarby przypomnieć. 

Nieco odżyłam na 17. km. Dotrzymywałam żwawo kroku zającom, byłam jeszcze wtedy pewna, że za podbiegiem na Baraniaka ich odstawię. Niestety pod koniec 18. km zaczęłam znów słabnąć, a na 19. i 20. zaliczyłam kolejny, najcięższy etap walki ze sobą. 

Po wdrapaniu się na podbieg na ulicy Baraniaka, był ostatni wodopój. Kolejne 4 kubki z wodą wylądowały na mnie, wyglądałam jak miss mokrego podkoszulka w wydaniu "Smashing Pąpkins". Przyśpieszyłam dość mocno, chcąc wykorzystać to, że trasa była już z górki i dogonić zająca. Niestety poczułam, że robi mi się słabo, wręcz lekko mnie zamroczyło, więc miałam w głowie do wyboru dwie opcje: "dobiegasz kilka sekund później, ledwo żywa, ale dobiegasz, albo nie dobiegasz, bo zaraz tu w tym miejscu będą Cię zbierać służby medyczne". Zająca nie udało mi się ostatecznie dogonić, choć do samego końca był bardzo blisko.

Na metę wpadłam z czasem 1:45:04, o 5 sekund później niż chciałam, ale po tym, co przeżywałam na trasie, przyjęłam ten wynik z otwartymi ramionami.

Jak się cieszyłam, że nie założyłam paska do pomiaru tętna! Na bank by zsuwał i mnie wkurzał. Dobrze zrobiłam też, że nie zabrałam muzyki. Nie dość, że sama w sobie by mnie wkurzała, dekoncentrowała, to do tego doszedłby problem wypadających słuchawek i plączącego się kabla. Na trasie nic nie jadłam. Nie byłam w stanie nic, poza izotonikiem przełknąć. Na widok czekolady i cukru przy wodopojach robiło mi się niedobrze. 

Czy mogłam urwać te 5 sekund? Może i tak, gdyby na trasie stała kapela Kings Of Leon i grała "Sex On Fire". Nieistotne. Bieg kosztował mnie naprawdę sporo, wyglądałam po nim gorzej niż po maratonie, zresztą Towarzysz Dnia (mrrrrryg!) uraczył mnie komplementem "nie wyglądałaś na mecie kwitnąco", a ja wiem, że wyglądałam jak zombie, no ale taka jest cena biegania w trupa. 

Za to satysfakcja po takim w-trupa-biegu jest ogromna. Wiedzieć, że zrobiło się wszystko, co było w mocy. Że pomimo tego, że było cholernie ciężko, trzymało się tego zająca prawie cały czas. Na tyle na ile mogłam, nie poddałam się. 

A tutaj zombie, które już nieco doszło do siebie: 

Foto: K.
I oczywiście, po tym biegu obiecałam sobie jedno: już nigdy, ale to nigdy więcej nie pobiegnę w trupa. To było naprawdę ostatni raz. Przyrzekam.

(Żartowałam!)

21 komentarzy:

  1. Tak Ci powiedział? Naprawdę! ;-)
    Jeszcze raz gratulacje, ładny wynik, pomimo tych pięciu sekund.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wyobraź sobie, że tak powiedział! I pewnie jeszcze starał się być przy tym miły ;)
      Dzięki ;)

      Usuń
  2. Gratulacje! Piękny czas. I jak Ci zazdroszczę tej wygranej walki! Serio. Moje tegoroczne połówki nie były na 100%, a to trzeba było ciosać jeszcze kilometry do wybiegania, a później na maraton się oszczędzać, zresztą i tak to było w górach. I marzy mi się taki bieg w trupa - jak się postawię na nogi po maratonie to pobiegnę taką połówkę, jestem ciekawa co mi czasowo wyjdzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko ostrzegam, "w trupa" nie znaczy "przyjemnie" ;) dziękuję :)

      Usuń
  3. Ja, jako świeżak biegowy, jestem pod wrażeniem. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ależ dałaś dziewczyno czadu, brawo za tę niebywałą walkę, a przede wszystkim za wygranie jej! Wiem co masz na myśli z mroczkami przed oczami, mi się tak jakiś czas temu na treningu zrobiło - po raz pierwszy w życiu.. Z niecierpliwością czekamy na fotomaraton i te mokropodkoszulkowe fotki, fiufiuuuu!! ;)

    A te 4 sek nie mają ŻADNEGO znaczenia, żadnego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na fotomaraton to ja nawet NIE WEJDĘ sprawdzać swoich zdjęć ;)

      Usuń
  5. Może lepiej, że KOL nie grali, bo tam jest taki wers "Lay where you're laying / don't make a sound" :) Gratuluję - 12 minut w ciągu roku to ogromna poprawa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słucham tego podczas rytmów i zazwyczaj działa :) dziękuję!

      Usuń
  6. Poprawa o 12 minut to jest przepaść. Zabrakło Ci trochę doświadczenia aby te 5 sek. przebiec szybciej. Myślę, że niepotrzebnie zrywałaś tempo, a wodę zamiast lać w dużych ilościach na głowę było trzeba wlać w siebie "IZO". Brak węglowodanów i organizm się buntuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Izo lałam w siebie również, i to sporo, ale zgadzam się w pełni, gdybym gdzieś po drodze nie popełniła niepotrzebnego zrywu, bo takie się zdarzyły, pewnie o te 5 sekund byłabym szybciej.

      Usuń
  7. Jaki trup? Na drugiej foci wyglądasz jakbyś mogła jeszcze przynajmniej sto pĄpasów w pięciu seriach strzelić ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Robisz takie postępy, że aż cholera człowieka bierze! 12 minut w rok to niesamowity postęp. Wielkie gratulacje!

    OdpowiedzUsuń
  9. Piękny ten czas i piękna walka. Gratuluję i czekam na więcej ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Maria, wielkie gratulacje :)
    Piotr

    OdpowiedzUsuń
  11. No urwać dwanaście minut z życiówki to naprawdę nie w kij dmuchał. Gratulacje!
    A z własnego doświadczenia wiem, że jeśli już chce się trzymać zająca, to lepiej biec z tyłu i utrzymywać balon w zasięgu wzroku. Mniejszy tłok na starcie i przy stolikach oczywiście.

    OdpowiedzUsuń