środa, 30 lipca 2014

1/2 IM POZNAŃ TRIATHLON. ŻAR Z NIEBA I NAJPRAWDZIWSZY OGIEŃ Z PĄ-DUPY.

Kawał drogi pokonałam, aby stanąć na starcie 1/2 IM Poznań Triathlon. Ta droga składała się z wielu wyrzeczeń, czasu poświęconego na treningi, spalonych kalorii, a nawet ran. Mimo, że czułam się dobrze przygotowana, strach momentami mnie paraliżował i nie wyobrażałam sobie momentu startu. Bo jak ja mam, tak z własnej woli, wejść do tej wody, przepłynąć 1,9km, potem przekręcić 90km na bajku i jeszcze pobiec półmaraton? Ogrom tego zadania tak mnie przytłaczał, że odziana w piankę, na krótko przed wejściem do wody, poryczałam się, i z rykiem do tej wody wchodziłam. Ironwoman, co ryczy, dobre sobie...

A warunki tego dnia nie sprzyjały. Podczas ubierania pianki spotkałam Krasusa z NKŚ, który powiedział mi, że mam brać koniecznie picie na punktach odżywczych na rowerze, bo bez tego będzie ciężko. Cenną radę Krasusa wzięłam sobie mocno do serca. Ostre słońce i temperatura ponad 30 stopni, z takimi warunkami się nie igra. 

SWIM
Jestę mistrzę!
Gdy znalazłam się już w wodzie, nadal chlipiąc, napuściłam wody pod piankę, ubrałam oksy, które oczywiście mi zaparowały i żabką rekreacyjną, pomieszaną z kraulem, udałam się na linię startu. Było tam dość tłoczno, bo wchodziłam do wody praktycznie w ostatnim momencie, więc musiałam trochę lawirować między ludzikami w żółtych czepkach, żeby nie płynąć w ogonie. Nagle huk, bez żadnego odliczania. To już?! Szybko poprawiłam oksy i do dzieła. 

pooo-szli!

Tradycyjnie pierwsze metry popłynęłam kraulem tzw. odkrytym, po co się prosić o kopniaki w oksy. Gdy zrobiło się nieco 'luźniej', przeszłam do normalnego kraula. Oczywiście, aż do pierwszej boi, nie dało się zapomnieć, że płynę w pralce. Kopniaki i łapanki towarzyszyły mi praktycznie cały czas, i chyba jednak za daleko się ustawiłam, bo musiałam wyprzedzać. Najgorzej było trafić na ławicę wolniejszych pływaków, po których, gdybym była ciut większa, to pewnie bym przepłynęła, a tak musiałam kombinować z wyprzedzaniem, tracąc czas i energię. Z kolei gdy czułam, że ktoś mnie próbuje od tyłu łapać, mocniej kopałam nogami. Nie wyprzedzaj mnie lepiej, bo ja dobrze pływam. A jak już musisz, to ładnie omiń. Do intensywnej pracy zabrałam się za drugą boją, gdzie zrobiło się już dość luźno. Całe szczęście, nie dokuczało mi ramię, które ostatnio dawało się we znaki, mogłam dzięki temu mocniej płynąć. Więc płynęłam, licząc w głowie do trzech, rytmicznie 'kopiąc' prawa - lewa - prawa - lewa, co ciekawe, nie musiałam się zbyt często wynurzać, bo nie zbaczałam z trasy. Jednak opłacało się ostatnimi czasy ćwiczyć pływanie open water, bo moje zdolności nawigacyjne są o niebo lepsze, niż na tri w Sierakowie. Czułam, że płynę dość szybko i ani śniło mi się zwalniać. Postanowiłam sprawdzić gdzie jestem, wynurzyłam głowę i zobaczyłam wolontariusza, który po chwili wyciągnął mnie z wody. Już koniec? Ciekawe, jaki zrobiłam wynik! Bo czułam, że dobry.



I jak się potem okazało, bo nie pływam z garminem, 35:58!!! Liczyłam na wynik w okolicach 38 minut, a tu taką niespodziankę sobie zrobiłam, zwłaszcza że na bakier byłam ostatnio z pływalnią :) Hell yeah!

T1
Na podbiegu do strefy zmian minęłam Krasusa z NKŚ. Na temat stref zmian w moim wykonaniu mogłabym pisać sporo, może lepiej ograniczę się do słów: wyjątkowo się grzebałam, za pierwszym i za drugim razem. Byłam mniej skoncentrowana niż w Pniewach i w Sierakowie. Cud, że o niczym nie zapomniałam. W T1 spędziłam 00:03:31.

BIKE
Jak-ja-to-zro-bi-łam!
Rower. W moim przypadku największa niewiadoma, bo przecież jeżdżę jak oferma. Choć trasa ponoć łatwa, tak mówią, i szybka. Musisz pojechać dobrze, nie masz wyjścia, bo w biegu nic dzisiaj nie odrobisz. No więc zebrałam się i docisnęłam w pedał. Ze zdziwieniem odkryłam, że jadę około 29 km/h. W stronę Kostrzyna było lekko pod wiatr, ale prędkość na poziomie 28-29 km/h utrzymywałam. Po nawrocie zlokalizowany był punkt odżywczy, na którym, zgodnie z radą Krasusa, zdecydowałam się wziąć butelkę z wodą, co mi się udało za trzecim podejściem (robiłam to pierwszy raz w życiu). Dlaczego woda a nie izo? Izo miałam w bidonach i od niego lepiło mi się w paszczy ;) A poza tym wodą mogłam się polać, co też uczyniłam. Pół butelki w siebie, drugie pół na siebie i rura.
Jezzu, jak dobrze mieć opaski kompresyjne! Gdy nasiąkły wodą, fantastycznie chłodziły łydki na bajku, naprawdę, to jedno z milszych doznań tego dnia! 
A powrót z Kostrzyna do Poznania to była bajka, bajka na bajku po prostu, jak mi się zajebiście jechało! Takiego odlotu na rowerze nie miałam jeszcze nigdy. Oczywiście było z wiatrem ;) Prułam więc cały czas powyżej 30 km/h, szybko, jak nigdy w życiu. A w Poznaniu, gdy mijałam miejsce, w którym był zjazd do strefy, to normalnie miałam ciary, bo stała tam masa kibiców, była niesamowita wrzawa, łzy aż same się do oczu cisnęły. Zwłaszcza, że czułam, że jadę na ładny wynik. 
Po nawrocie był podjazd, który mnie lekko wyhamował, a gdy się z nim zmagałam, zobaczyłam Krasusa i NKŚ i ich słynny już plakat "OGIEŃ Z PĄDUPY", który mnie rozbroił do reszty, a 'ogień z pĄdupy' towarzyszył mi do samego końca. 

ów podjazd, a właściwie to pĄdjazd

Drugi raz do Kostrzyna nie był już taki łatwy i przyjemny, bo zaczęło mocniej wiać. Cały odcinek wymęczyłam w tempie niewiele ponad 25 km/h, wyczekując, kiedy będzie wreszcie ten cholerny nawrót. W końcu do niego dojechałam, powtórzyłam procedurę 'pół butelki w siebie, drugie pół na siebie', chwytając butelkę tym razem za pierwszym podejściem, i oczywiście, rura, żeby nadrabiać stratę. No i była rura, do samego Poznania, aż sama siebie nie poznawałam, Alberto wybałuszył oczy ze zdziwienia, jak zobaczył, że tym razem to ja wyprzedzam! No dobra, wyprzedzana też byłam, czasami nawet przez grupki tzw. zaprzyjaźnionych, generalnie sporo było takich i sędziowie mieli zapewne co robić. W końcu ostatni nawrót i zjazd do mety.
Czas z bajku to 03:03:45. Dodam tylko, że na treningach dystans 90km jeździłam w około 3:20 i mówiłam, że jak zejdę poniżej 3:10 to będzie mega. No kurde, jest mega. Nawet bardzo. Może ja jednak umiem jeździć na bajku? :)

T2
Za to mam problem z biegiem po bajku, a dokładnie zaraz po zejściu z bajku w butach spd na dobiegu do strefy zmian, bo zatoczyłam się 2 razy. Pijanaś? No, ze szczęścia, że mi ten bajk tak ładnie wyszedł, choć nie powinnam się cieszyć, bo najgorsze wciąż przede mną. Jak na złość, musiałam z tym bajkiem okrążyć całą strefę zmian, żeby dotrzeć do swojego stanowiska. Rower na rurę, kask zdjąć, buty spd zdjąć, różowe skarpetki założyć, buty, czapka na łeb, napić się izo, bo tego dziś nie za wiele, żel w nogawkę, reset garmina i rura. Jak już wspomniałam, tego dnia wyjątkowo się grzebałam, choć tym razem może przez to okrążanie strefy z bajkiem tyle wyszło, ale 04:13. Słabo.

RUN
Najcięższa przeprawa mojego życia
Ej, ej, ej, jaka rura? Zwolnijże... Nie pobiegniesz dzisiaj w tempie 5:20, choć pierwotnie tak zakładałaś, ale nie dziś, nie w tych warunkach. Pierwszy kilometr niestety zdążył już wejść w 5:18, potem było tylko gorzej. 

słońce, słońce, słońce... tak wyglądała znaczna część trasy

Pierwsze okrążenie Malty było dla mnie zdecydowanie najtrudniejsze, bo raz, że nie mogłam złapać rytmu, a dwa, za każdym razem, gdy mijałam jakieś miejsce, towarzyszyła mi myśl 'będę tu dziś jeszcze 3 razy'. A oczywiście nie muszę o tym wspominać, że z nieba lał się żar, a wokół Malty cienia zbyt wiele nie ma. Rytm biegu złapałam na drugim okrążeniu i zaczęło być lepiej, o ile w ogóle może być lepiej w takich warunkach. Nawet mój żołądek się odblokował i na 8. km przyjął żel. 

przy jednej z kurtyn wodnych

Zbawienny okazał się worek z lodem, który udało mi się dostać na trasie od innej triathlonistki. Wylądował pod trisuitem na karku, i muszę przyznać, że bardzo mi to pomogło, bardziej niż kurtyny wodne, których na trasie też było sporo. Kolejne przyjemne doznanie tego dnia, gdy lód powoli przesuwał się od karku, między łopatkami w dół, powoli chłodząc moje plecy, potem jak dotarł do nerek, to włożyłam sobie go jeszcze na chwilę w spodenki, co by tyłek mój biedny, umęczony, też trochę przyjemności zaznał, potem znów na kark... Szkoda tylko, że lód przetrwał jedno okrążenie, a kolejne dwa musiałam dać radę bez niego, bo już nie udało mi się na kolejny taki worek załapać. 

krótka wymiana zdań z supportem Agnieszką

Pisząc o biegu, nie mogę nie wspomnieć o kibicach, których tego dnia było nad Maltą prawdziwe zatrzęsienie, o Agnieszce i Marcinie, którzy mnie dopingowali na prawie każdym okrążeniu, robiąc fotki, których nie powstydziłby się żaden profesjonalny serwis fotograficzny, o Wybieganym, którego minęłam na (chyba) trzecim okrążeniu, Emi, która dzień wcześniej walczyła na tej samej trasie, robiąc ćwiartkę a tego dnia supportowała brata, Krasusie z NKŚ i ich niesamowitym plakacie 'Ogień z Pądupy', no i K., który wspierał mnie tego dnia od samego początku. 


Czwarte okrążenie leciałam na oparach sił, trzymała mnie na nogach świadomość, że już na kolejne nie wybiegnę. Gdy zbliżałam się w kierunku mety, ogłuszył mnie Garnek Mocy i uderzający weń Krasus, który krzyczał 'Marysia Adamska dajesz!'. Meta, czy ja dobrze widzę?! Boże, ja już tam biegnę, nie wierzę! Czerwony dywan, pan mówiący coś o kolejnej osobie na mecie, która kończy z taaakim uśmiechem. Noo, bo chyba cały czas się śmiałam na tych ostatnich metrach. A potem gratulacje na mecie, medal, uściski dłoni, jedna pani mnie polała wodą i wcisnęła butelkę do ręki. Kurwa, zrobiłam to :)

Chwila, której nigdy nie zapomnę :)

Połówkę przebiegłam w czasie 02:03:16 i jak potem prześledziłam wyniki, specjalnie od reszty zawodników nie odstawałam. W tych warunkach szybciej nie dałabym rady. 

A ostateczny czas to 05:50:43. Czy mogło być jeszcze lepiej? Pewnie tak, gdyby nie było upału, no i gdybym pośpieszyła się w strefach zmian. Ale naprawdę, to nie sądziłam, że tak mi to wszystko pójdzie, że tak dobrze popłynę i tak szybko pojadę na bajku. Marzyłam, żeby zejść poniżej '6', ale nie śniło mi się nawet, że zejdę o prawie 10 minut! No dobra, śniło mi się, bo jednej z ostatnich nocy miałam sen, jak wpadam na metę z czasem 5:40 z sekundami. Ale taki wynik to może za rok :)

I jak tu nie dać z siebie wszystkiego? :)

Chlip, chlip...

Bo to już ostatni triathlon w tym roku. Chętnie wystartowałabym w jakiejś ćwiartce, ale już żadna w pobliżu się nie odbywa, a dalsze wojaże nie bardzo wchodzą w grę. Poza tym zasłużyłam na odpoczynek i z czystego rozsądku powinnam zafundować sobie kilka dni nic-nie-robienia. Zwłaszcza, że sezon się jeszcze nie kończy i pewne pomysły mi po głowie chodzą. Jakie? O tym, psze państwa, w następnym odcinku :)

19 komentarzy:

  1. Marysia, jesteś N-I-E-S-A-M-O-W-I-T-A!!!!! A swim w 35:xx po prostu mnie rozwalił. Super!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 'Swim' to mój konik, nie mogłam nie dać z siebie wszystkiego ;) dzięki!

      Usuń
  2. Gratuluję! Jestem pod wrażeniem :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ależ poleciałaś oooostroo i po bandzie!!! :) Ogromne Gratulacje!! :) :) Strasznie szybko mi zleciała ta relacja...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mi się wydawało, że się strasznie rozpisuję :) dzięki!

      Usuń
  4. Mari wielkie gratulacje! Pływaniem mnie rozłożyłaś na łopatki! :) Pięknie to rozegrałaś i napisałaś :) Chapeau bas :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) ale za to na bajku nie mam z Tobą szans!

      Usuń
  5. Ciężko na topracowałaś, ale z relacji wynika, że było warto. Wielkie gratulacje!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie było warto :) dzięki!

      Usuń
  6. Jestes cudowna, cudowna. Wielka inspiracja. Z calego serca gratuluje i zycze wielu kolejnych sukcesow.
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym 'cudowna' to bym polemizowała, i pewnie nie tylko ja ;) Ale dziękuję bardzo i cieszę się, że inspiruję.

      Usuń
  7. wspaniale :) z całego serca gratuluję :)!!!
    na Malcie byłam dzień wcześniej jako kibic mojego Męża (sama odpoczywałam po starcie w Szczecinie) i wiem, że upał był morderczy! podziwiam, jesteś wielka:) czas świetny, a jak na te warunki to w ogóle ogromny szacunek!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) upał był przeciwnikiem nr 1, zarówno w sobotę jak i w niedzielę i w trakcie biegu to on rozdawał karty niestety.

      Usuń
  8. Jeszcze raz wielki szacun! A właściwie to szĄcun :-D

    OdpowiedzUsuń
  9. Mari, wiem, że sie powtarzam, ale jesteś niesamowita! Jak człowiek czyta u Ciebie, co daje konsekwencja i regularność, to aż sie chce buty zakładać i lecieć na trening. Gratuluję wyniku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, ale nad tą regularnością jeszcze trochę mogłabym popracować ;)

      Usuń
  10. Bo głowa to połowa sukcesu ponoć, a Ty masz i fizyczne przygotowanie i myślę że bardzo mocną psychę, więc nie mogło być inaczej, Nawet niedawna kraksa o której pisałaś nie mogła tego spieprzyć :) Zarządziłaś - co tu dużo mówić!! Gratulejszyn i powodzenia w następnych startach! :)

    OdpowiedzUsuń