niedziela, 30 października 2016

Bajka w kolorze błota. Łemko Maraton.

Beskid Niski. Nie są to moje góry. Wolę Tatry, wolę Karko. Przestrzeń, skały, kosodrzewina, przewyższenia. Nie jarało mnie to błocko, liście, las. Zobaczysz te kolory jesieni, zmienisz zdanie. No dobra. Zobaczyłam kolory, trochę zmieniłam zdanie. Ale i tak wolę Karko. I Tatry. Choć całkiem ładnie tu. Magicznie. Wyjątkowo. Inaczej. Taki trochę koniec świata. Ale to nie zmieniło faktu, że biec mi się średnio chciało. Mocna połówka tydzień wcześniej na własnych śmieciach, to był start, którym się najbardziej jarałam tej jesieni. Start, który poszedł mi powyżej własnych oczekiwań. Byłam zatem przekonana, że organizm mam lekko zajechany. Miałam już poczucie dobrze wykonanej roboty. Przebiec, zaliczyć, przeżyć. Taki był więc cel na Łemko Maraton. W żaden sposób nie mogłam z siebie wykrzesać pazurów do walki. Nie próbowałam nawet. Za to pomalowałam je na kolor błota.


"Zobaczysz, jak wystartujesz to ruszysz z kopyta i będzie ogień". Przyjęłam te słowa z niedowierzaniem. Iee tam, przecież ja w ogóle nie czuje tego Łemko. Nie zapisałam się tam po to, by walczyć o wynik, chciałam jechać na pĄzlot. W ogóle to miał być wstępnie dystans Łemko Trail 30 km, czyli jak to Bo ujęła, Łemko Kids. Jednak pisałam swojego czasu o diabełku, który mnie podkusił do zmian. Zmieniłam dystans z 30. na 48 km. Krótko przed startem żałowałam tej decyzji. Po kiego grzyba mi ten maraton na koniec sezonu. Zupełnie niepotrzebny. Po biegu wszyscy zatem pytali i co, żałujesz, że nie biegłaś dystansu 30km? No way! Po 30. km to ja jeszcze nie czułam, że cokolwiek przebiegłam! Dobrą robotę zrobiłeś, diabełku!

fot. Krasus

Ruszyliśmy z Iwonicza, startowaliśmy w deszczu. W zasadzie to padało cały czas odkąd przyjechaliśmy: dzień przed, w nocy, rano. Pogodziłam się z losem, czyli nastawiałam się, że zmoknę jak nigdy. Zobaczysz, jak wystartujesz to ruszysz... - przepowiednia zaczęła się sprawdzać od pierwszych metrów. Frajda z biegu włączyła się zaraz na samym początku i nie mogłam się pozbyć zacieszu z gęby. Przyjechałaś tu biegać a nie się szczerzyć na prawo i lewo, jeszcze pomyślą, że się opierdalasz na trasie, skoro masz siłę na uśmiech, no ale chyba nie umiem inaczej. Zwłaszcza ostatnimi czasy :) Najwyraźniej jak jestem w swoim żywiole, reaguję śmiechem, a jak jeszcze inne życiowe okoliczności bardzo pomagają, efekt wychodzi taki:


Od początku zaczęłam mocno, nie wiem, czy nie za. Od pierwszych metrów, jak zawsze, musiał mi grać w głowie motyw muzyczny. Tym razem było to Tres B "Something To Forget". Pasowało tak jakoś do tej deszczowej, mglistej, tajemniczej aury i cały czas się przewijało na trasie. Tylko to słyszałam w głowie: It is true, you know it's true, it will drag you down and break your heart, there's a better life for you... 
Oczywiście musiałam zaliczyć syndrom pierwszego zbiegu, podobnie jak w Krynicy. Znajomy lęk, blokada przed puszczeniem się luźno z górki, serce pod gardłem, ścisk w brzuchu, powiązane nogi, obawa, że w kogoś wpadnę. Spokojnie, Mari, później będzie już ok. To tylko pierwszy zbieg, musisz go przeżyć. Przetrwałam go i na kolejnych zbiegach było dużo lepiej. Wyprzedzałam facetów na tym śliskim błocie, aż miło. Przebiegałam przez kałuże i strumienie mając w dupie, że woda przelewa mi się przez buty. Bo czym tu się przejmować. Wiedziałam, że nie ucieknę przez wodą, przed błotem. Ludzie, po co wy się zatrzymujecie przed tymi kałużami, błotem, strumieniami! Na błotowynę przyjechaliście przecież! Im dłużej stoicie w tym błocie, tym bardziej w nim grzęźniecie! Przypomniały mi się jedne z wakacji za dzieciaka, jak po ulewie z bratem i kuzynerią poszliśmy na gruntową, gliniastą drogę, która zamieniła się w błoto i się taplaliśmy w kałużach. Zajebista zabawa, byliśmy po niej tak ugnojeni, że nasze mamy w celu umycia zapędziły nas prosto do jeziora. Pomyślałam, że jak ukończę ten bieg, to będę jeszcze brudniejsza niż wtedy. Ale tu na Łemko było zdecydowanie więcej błota. Tu były różne rodzaje i konsystencje tego błota. Tu w zasadzie, mam wrażenie, poznałam co to błoto. Do tego, z racji, że padało, było mnóstwo wody, która często płynęła sobie strumieniem po szlaku. Woda chlupała w moich butach już gdzieś od drugiego, trzeciego kilometra. I tak już zostało do końca. Błoto, woda, woda, błoto. Błoto klejące się, wciągające, zasysające albo poślizgowe. Błoto wydające chwilami całkiem śmieszne odgłosy. Jakbym rozdeptywała ślimaki lub biegła po folii bąbelkowej. Lub coś w tym rodzaju.

Dobrze, naprawdę dobrze, że nie biegłam łemko Trail 30, bo po 30 km byłam zupełnie świeża, a moje nogi niezmęczone ani błotem ani biegiem. W zasadzie do 32. km czułam się jak nowo narodzona. Tam dopiero wydarzył się zonk, a w zasadzie ktoś na trasie ustawił taki zbieg:



Na tym zbiegu Maria wykonała koncertowy zjazd na dupsku przez kilka metrów w dół, po czym podniosła się na chwilę, żeby znowu upaść prosto w błoto. Resztę tego zbiegu kończyłam chwytając się drzew, obrazek jak w kreskówkach.
Gdy jakimś cudem dotrwałam do końca tego zbiegu, zaczął się dłuższy, łagodniejszy. A na samym dole usłyszałam wrzask. To pĄpkinsi!!! Najukochańsi Kibice <3 

Śmiech na mój widok utwierdził mnie w przekonaniu, że zdecydowanie widać po mnie mój upadek w błoto. Niestety też upadek odebrał mi sporą część pewności siebie. Kawałek dalej był punkt odżywczy, z którego nic nie wzięłam, bo opierdzieliłabym wszystko błotem, a następny kawałek dalej był strumień przy którym się zatrzymałam żeby opłukać chociaż ręce i przede wszystkim zegarek, bo był kupą błota i nie widziałam na nim nic.

fot. Jarosław Kruczek
Po skończonej toalecie w strumieniu zaczęło się mozolne podejście, za którym wyprzedziła mnie Bo, która tego dnia zajęła 2. miejsce wśród kobiet na dystansie 30 km (!!!). Ja niestety traciłam siły i każdy kilometr był dla mnie coraz większym wyzwaniem. Coraz częściej zerkałam na zegarek, nie tyle po to aby kontrolować czas, co odliczać kilometry do końca. Co do czasu, to wiedziałam, że będzie dobry. Lepszy niż oczekiwałam. Zamierzałam pokonać ten maraton w czasie szybszym niż 7. godzin. Dlaczego? Bo podobny dystans biegałam na Maratonie Karkonoskim, co prawda z większym przewyższeniem, ale w łatwiejszych warunkach i mimo wszystko bardziej przyjaznej nawierzchni. Miałam cały czas w pamięci tamten bieg, jak mnie sponiewierał, psychicznie i fizycznie. Moim celem wówczas było zbliżyć się do czasu 6:30, a zejście poniżej 7 godzin traktowałam jako minimum przyzwoitości. Wyszło parę minut powyżej 7... Tamten bieg dał mi w kość, ale jak życie ostatnio pokazało, stał się początkiem czegoś bardzo dobrego :) Teraz Łemko było moją okazją do odreagowania Karkonoskiego. Wiedziałam już, że to się uda. Zegarek sponiewierany błotem pokazywał mi zresztą znacznie milsze informacje - byłam na dobrej drodze do połamania 6 godzin! Choć zaczęło być już ciężko no i głowa po upadku zaczęła ewidentnie siadać. Zaczęło się gadanie ze sobą i tradycyjne już chyba rycz jak musisz, ale biegnij. Choćby nie wiem co, biegnij. Biegnij, Maria, bo zza setek kilometrów płynie do Ciebie wsparcie i nie możesz się tak po prostu poddać! Co potem powiesz za metą, że Ci się odechciało? Że bolało? Każdego tutaj boli! Mocna musisz być, zresztą jesteś! You know one day your dream will tear you apart...

Moment, w którym minęła mnie Joasia to było takie szast prast po policzkach. Przebudziłam się i zaczęłam zmuszać do biegu. Dialogi ze sobą prowadziłam już bardziej zdecydowane, mniej cenzuralne, najczęściej było to "Maria, kurwa, biegnij". "Jebać błoto, brudniejsza już nie będziesz". Tym sposobem odhaczałam kilometr za kilometrem. Mijały strasznie wolno. Musiałam się ostro pilnować, żeby na zegarek nie patrzeć co 200m. W końcu jakimś cudem błoto zamieniło się w asfalt. Było lekko pod górkę, ale jak się, ekhem, pędzi nie dość, że do mety, to jeszcze na złamanie 6 godzin, to wszelkie pokusy przejścia do marszu trzeba było schować bardzo głęboko do kieszeni. W końcu skręt do mety, znów kibicująca ekipa pĄpkinsów <3, ostatnie błoto tego dnia i... META. Po czasie 5:53. Za metą miałam powiedzieć coś do mikrofonu, taki psikus prowadzącego. Najgorsze jest to, że chyba nawet coś powiedziałam, ale nie pamiętam co :) A potem wiadomo, pĄpki :)

fot. Rafał Wybiegany
Po Łemko byłam brudna jak nigdy w życiu. Pąkoszulki niestety nie udało mi się doprać, podobnie jak majtek, no ale wiadomo na czym był zjazd. Plecak był pokryty skorupą błota i problemem było wyjęcie z niego telefonu i innych rzeczy. Strach było mnie tknąć. Byłam jak błotna bomba tykająca. Całe szczęście Krasus miał folię na siedzeniu w aucie, bo inaczej do miejsca noclegu musiałabym pobiec i wyszłoby mi w sumie ładne ultra...

ciuchy PO

A skoro już jesteśmy przy temacie ultra... Choć obiecywałam sobie w przyszłym roku więcej tri, to jednak zanosi się na to, że zrobię jeszcze większy skręt w góry, choć poprzedzony mocnym bieganiem po asfalcie. Tak mnie te góry wessały, bardziej niż błoto na Łemko. Postaram się zachować jakieś resztki rozsądku w planowaniu startów, jednak czuję, że moje ciało jest gotowe na większe obciążenia treningowe, jeżeli chodzi o bieganie. Długie bieganie, góry nie sieją we mnie już takiej demolki. Nogi przyjmują mocniejsze treningi i bieganie w górach jako coś normalnego. Po prostu wstaję i biegnę. Tak jakbym oddychała. Coś naturalnego. Ciągle nie mam dość. Może Rzeźnik w końcu mnie zaspokoi? Trzymajcie kciuki za losowanie, bo decyzja już została podjęta :) Tak, Mari dorosła do Rzeźnika.

3 komentarze:

  1. Zostawiam znak, bo fajnie mi czytało. :) Z Twojej relacji, jak i zdjęć czuć wielką radość z biegania. Nawet błoto Cię nie pokonało, a może nawet pomogło Ci, bo od samego początku nastawiłaś się na hardkor. Powodzenia w przyszłym roku. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za miły znak... :)pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Super Ty! Gratulacje za bieg Mario :)
    Beskid Niski jest świetny, i inny niż Tatry czy Karkonosze. I dobrze, bo byłoby nudno jakby wszystko było takie same. To świetne dzikie miejsca.
    A i stromych podejść nie brakuje, wiem coś o tym ;)

    OdpowiedzUsuń