Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą biegam

Rzeźnik cz. 3 Ten Rzeźnik się nie kończy :)

Link do części pierwszej < klik > i drugiej < klik > Na punkcie w Roztokach szybko pouzupełniałam bidony, ale tym razem wodą, bo słodkiego izo miałam szczerze dość. Jeszcze tylko 12km! tak nam powiedzieli... Tylko.  W takich momentach nie wolno patrzeć na zegarek. Niestety na podejściu pod Hyrlatą robiłam to zbyt często. I tym sposobem ono mnie zjadało. Im wyżej, tym znów pojawiał się obraz świata zamazany, jak zza brudnej szyby. Wchodziliśmy ze względu na mnie bardzo wolno. Wiedzieliśmy już, że będziemy na mecie w okolicach limitu czasu. Wiedzieliśmy, że ognia w końcówce nie będzie. Że ja nie dam rady przyśpieszyć na podejściach, a Łuki nie jest w stanie normalnie zbiegać. Mało tego, zachciało mi się jeszcze jednej przerwy... Łuki do bólu nogi się jakby przyzwyczaił, ale o szybszym zbieganiu nie było mowy. Byłam na siebie zła, że na początku w ogóle wymyśliłam jakiekolwiek cele czasowe. Łuki był temu od razu przeciwny, no ale ja to cała ja... Bez sensu było celowan...

Rzeźnik cz.2 Nie pytaj, czy boli...

Pierwsza część relacji tu: < klik > Jakimś cudem noga Łukiego pozwoliła mu biec na Drodze Mirka. Ten fragment trasy, kilka kilometrów asfaltowo - szutrowej, płaskiej drogi w okolicach 50. km to ponoć niezły test dla głowy. My w zasadzie cały ten odcinek, nie licząc paru małych fragmentów pod górkę, przebiegliśmy. I dobiegliśmy do przepaku Smerek. Zapadł mi bardzo w pamięci moment, gdy liczba oznaczająca dystans na zegarku zaczęła się zbliżać do 50km. Patrz, Łuki, za chwilę zegarek po raz pierwszy w życiu pokaże mi 50km! mówiłam, myśląc, że zaraz się rozpłaczę z wrażenia. Chyba ostudziła mnie świadomość, że zostało nam jeszcze 'jedyne' 30km. W Smerku dostaliśmy swój przepakowy worek, szybko uzupełniliśmy żele, batony i izo, których powoli zaczynałam mieć dość. Pożałowałam, że jednak nie uszykowałam sobie tej buły z serem i koncentratem pomidorowym. A ziemniaczków znów nie było... Była buła ze smalcem, której nawet za czasów gdy jadłam mięso bym nie ruszyła. Zadowolil...

Rzeźnik cz.1. Słońce (jeszcze) nie wschodzi...

Dzień przed, a w zasadzie wieczór przed. Zaczęło się najpierw błyskać. Potem zaczęło lać. I lało jak z cebra. Oczyma wyobraźni widzieliśmy wszyscy, jak góry, wcześniej suchutkie, zaczynają ściekać błotem. Mówiłam zresztą do ekipy, gdy przejeżdżaliśmy jadąc tu przez okolice Komańczy, zobaczycie, wrócimy tu jesienią na Łemko, to wszystko będzie ociekało błotem. Wykrakałam przedwcześnie. Nie sądziłam, że potrafię się położyć spać o 20:30 i zasnąć. W zasadzie zasnęliśmy jak dzieciaki po wieczorynce i byłoby wszystko pięknie, gdyby za oknem nie zaczął drzeć paszczy jakiś bieszczadzki burek. No z całego serca miałam ochotę zabić, bo każda minuta snu była na wagę złota. Burek za oknem się darł, a ja próbowałam leżeć nieruchomo, broń borze oczu nie otwierać, żeby się tylko nie rozbudzić. Jakimś cudem znów zasnęłam, ale już nie tak głęboko jak przed szczekaniem burka, bo na dźwięk budzika o 00:30 wstałam niemal w minutę. I jakimś cudem nawet śniadanie o tej kosmicznej godzinie zjadłam. Oga...

Bieg Niepodległości Oborniki. Dyszka nieidealna.

Od czasu połówki idealnej sporo się wydarzyło. Najpierw było świętowanie połówki idealnej. Potem był wyjazd na drugi koniec Polski i Łemko Maraton. Potem było świętowanie Łemko Maratonu i takie już ogólne posezonowe świętowanie na przemian z ogarnianiem przeprowadzki. W tym sportowym życiu puściły mi nieco hamulce, w poczuciu, że swoje to ja już zrobiłam, a przecież muszę się zregenerować, nabrać świeżości, zanim się zabiorę za konkretny plan treningowy, konkretny odpoczynek dla ciała i głowy się przyda. Grzeszyłam winem i czekoladą, oj bardzo. Jednak odpoczą ć się finalnie nie dało. W życiu pozasportowym musiałam ogarnąć przeprowadzkę siebie i miejsca pracy, a kulminacja tego miała miejsce w ten weekend , kiedy przypadała dyszka. W zasadzie gdyby nie to, że jechałam z zacną ekipą KB Szamotuły , pewnie wyjazd bym odpuściła w imię pracy, której miałam całkiem sporo do wykonania. Tak się jednak stało, że do Obornik pojechałam i na starcie Biegu Niepodległości, niekoniecznie zawart...

VI Samsung Półmaraton. Połówka idealna.

Myśl o szamotulskiej połówce rozgrzewała mnie już od początku sierpnia. Wtedy to wymyśliłam sobie takie postanowienie, żeby postarać się tu o życiówkę. Chociaż te 5 sekund urwać z tego nieszczęsnego 1:45:04, które wisiało i wisiaaało w powietrzu przez 2 i pół roku! Tyle czasu nic z tym nie zrobić! No dobra, były jakieś tam próby po drodze, jednak nieskuteczne. A potem zjazd w dół, przerwa i powrót do biegania, ciężki i mozolny. Jeszcze tak niedawno ocierałam się o drugi zakres w tempie 6:00. No i zarzekałam się, że rok 2016 będzie rokiem bez życiówek... Jak widać, czasem warto sobie te życiówki odpuścić. Obrazić się nie, się wypiąć. W dupie mieć. Wtedy same przychodzą :) fot. Fotomaraton. We wrześniu czułam już zdecydowanie, że nie biegam tylko fruwam, że z nawiązką wróciła dawna forma, lekkość biegu, choć bałam się o tym mówić na głos. Im mniej szumu, tym lepiej. A swoje i tak zrobisz, bo forma jest i głowa bardzo chce. Zwłaszcza właśnie ta głowa. Nastawienie do biegania, um...

Bajka w kolorze błota. Łemko Maraton.

Beskid Niski. Nie są to moje góry. Wolę Tatry, wolę Karko. Przestrzeń, skały, kosodrzewina, przewyższenia. Nie jarało mnie to błocko, liście, las. Zobaczysz te kolory jesieni, zmienisz zdanie. No dobra. Zobaczyłam kolory, trochę zmieniłam zdanie. Ale i tak wolę Karko. I Tatry. Choć całkiem ładnie tu. Magicznie. Wyjątkowo. Inaczej. Taki trochę koniec świata. Ale to nie zmieniło faktu, że biec mi się średnio chciało. Mocna połówka tydzień wcześniej na własnych śmieciach, to był start, którym się najbardziej jarałam tej jesieni. Start, który poszedł mi powyżej własnych oczekiwań. Byłam zatem przekonana, że organizm mam lekko zajechany. Miałam już poczucie dobrze wykonanej roboty. Przebiec, zaliczyć, przeżyć. Taki był więc cel na Łemko Maraton. W żaden sposób nie mogłam z siebie wykrzesać pazurów do walki. Nie próbowałam nawet. Za to pomalowałam je na kolor błota. "Zobaczysz, jak wystartujesz to ruszysz z kopyta i będzie ogień" . Przyjęłam te słowa z niedowierzaniem. Iee t...

I Półmaraton Puszczy Noteckiej. Motyla noga!

Co mnie podkusiło, żeby się zapisać na te zawody? P ytanie tej treści zadałam sobie chyba milion razy pomiędzy 7. a 18. km biegu, potem to już byłam skoncentrowana wyłącznie na odliczaniu (kilo)metrów do mety. Czysta radość biegania, nie ma co :) ale była i ona. Choć już raczej za metą. Zdecydowanie ZA. Bo przed było ómieranie i mały akt złości ;) fot. Daniel Musiał Pierwszy raz na zawodach prezentowałam podwójne barwy, bo i Smashing Pąpkins i Klubu Biegacza Szamotuły . I tak już pewnie pozostanie :) I właśnie z Klubem tego dnia na zawody pojechałam i miły dzień spędziłam (dzięki!<3). Oczywiście nie ma zawodów bez przewodniego motywu muzycznego. Kurde, no musi być taki utwór, który mimo oporu wewnętrznego wejdzie człowiekowi w mózg i odbije się na którymś kilometrze zawodów. Utwór, którym mnie zarażono podczas dojazdu na zawody. Chodzi za mną do teraz, nie mogę się go pozbyć z głowy. Tu, słuchajcie: < Sylwia Grzeszczak > Takie klimaty ;) Na starcie ustawiłam si...

Burza w Krynicy i zbiegi po turecku.

Relację z tego biegu miałam zacząć od zdania "pewnego dnia zamarzyło mi się spróbować ultra". Jednak gdzieś tam po drodze się z tego marzenia wy cofa łam i powołując się na zdrowy rozsądek zamieniłam dystans, który miałam biec początkowo - z 64km na 'jedyne' 34km. Oczywiście w pewnym momencie zaczęłam żałować tej zmiany zdania, bo czułam, że nogi i w zasadzie cała ja jesteśmy w całkiem niezłej formie, głodne biegania, i że stać nas na więcej niż by się mogło jeszcze miesiąc temu wydawać. Stając więc na starcie Biegu 7 Dolin na dystansie 34 km miałam jedno postanowienie: odpalić ogień z dupy na maksa. Zero asekuracji. Zero oszczędzania nóg. Zero odpuszczania sobie. Od początku ruszyć ostro i do samego końca dawać z siebie wszystko. Skoro nie zmęczę się na długim dystansie to trzeba z krótkiego wyciągnąć, co się da. Przecież nie przyjechałam tu na wycieczkę po górach! Przyjechałam sprawdzić, na ile mnie stać, udowodnić przede wszystkim sobie, że jednak z górami mi po d...