sobota, 17 czerwca 2017

Rzeźnik cz.1. Słońce (jeszcze) nie wschodzi...

Dzień przed, a w zasadzie wieczór przed. Zaczęło się najpierw błyskać. Potem zaczęło lać. I lało jak z cebra. Oczyma wyobraźni widzieliśmy wszyscy, jak góry, wcześniej suchutkie, zaczynają ściekać błotem. Mówiłam zresztą do ekipy, gdy przejeżdżaliśmy jadąc tu przez okolice Komańczy, zobaczycie, wrócimy tu jesienią na Łemko, to wszystko będzie ociekało błotem. Wykrakałam przedwcześnie.

Nie sądziłam, że potrafię się położyć spać o 20:30 i zasnąć. W zasadzie zasnęliśmy jak dzieciaki po wieczorynce i byłoby wszystko pięknie, gdyby za oknem nie zaczął drzeć paszczy jakiś bieszczadzki burek. No z całego serca miałam ochotę zabić, bo każda minuta snu była na wagę złota. Burek za oknem się darł, a ja próbowałam leżeć nieruchomo, broń borze oczu nie otwierać, żeby się tylko nie rozbudzić. Jakimś cudem znów zasnęłam, ale już nie tak głęboko jak przed szczekaniem burka, bo na dźwięk budzika o 00:30 wstałam niemal w minutę. I jakimś cudem nawet śniadanie o tej kosmicznej godzinie zjadłam. Ogarnęliśmy się na tyle sprawnie, że na odjazd autobusów dotarliśmy ciut za wcześnie.
Potem w samej Komańczy też mieliśmy dobrą chwilę do startu, więc wykorzystałam to na naukę robienia siku w krzakach, gdzie wokół wszyscy robili to samo, tylko że byli to sami faceci. Im jakoś łatwiej. Tylko czołówkę wyłącz! krzyknął mi w ostatniej chwili Łuki.

W końcu bębny i start. I słynne morze czołówek. Staraliśmy się biec, a w zasadzie żwawo iść, koło siebie, żeby się w tłumie nie pogubić. I żeby nie zacząć zbyt szybko, przed tym to chyba każdy doświadczony przestrzegał. W zasadzie pierwsze 8km to był marszobieg po asfaltowej, potem szutrowej drodze. Marszobieg we mgle... Mgła i siąpiący deszcz, i krople spadające z drzew będą nam tego dnia towarzyszyły bardzo długo. I tym samym nie spełniło się jedno z moich marzeń, żeby zobaczyć wschód słońca w górach. Kurde, będę musiała pobiec jeszcze jedno ultra.

Coś na kształt górskiego szlaku zaczęło się w okolicach 8 - 10km, wtedy to bardzo przydała się czołówka. Z racji nisko zawieszonych chmur w lesie było dość ciemno, a wystające korzenie śliskie. Wtedy delikatnie zaczęliśmy wyprzedzać tych, który się rozpędzili na asfalcie. Niestety na trasie było dużo ludzi. Za dużo. Zaczęły się tworzyć 'korki' w miejscach, gdzie był strumyk i ktoś nie chciał sobie pomoczyć papci. Strasznie nas to irytowało. Nie należę do szybkich biegaczy, ale takie bezsensowne stanie i czekanie doprowadzało mnie do szału. Przecież nie dowiozę tych butów do mety ani czystych ani suchych i to góry są! Często w takich sytuacjach wyprzedzaliśmy po prostu bokiem, nie raz wdeptując w wodę. 

Pierwszy punkt kontrolny na 16km i tam Łuki udał się pierwszy raz w stronę ambulansu. Wyznał mi, że kostka, a w zasadzie stopa 'lekko zaczyna boleć'. Na punkcie jeżeli chodzi o wsparcie odżywcze niestety sama woda, więc rozcieńczyłam izo w bidonach, choć godzina jeszcze na tyle wczesna, że lepiej wchodziłoby izo. Słodkowstręt przychodzi znacznie później.

Około 20km po raz pierwszy poczułam, że coś dziwnie ciężko mi się biegnie, i że mam pierwszy chwilowy kryzys. Pierwszy, bo zdawałam sobie w pełni sprawę, że tego dnia może przyjść ich wiele. Podkreślę od razu, że bardzo pilnowałam się z jedzeniem. Na szczęście kryzysik, kryzysiątko w zasadzie szybko się wyłączyło, bo już na przepak na 32. km w Cisnej wbiegliśmy w znakomitych humorach, w zaplanowanym czasie na dotarcie do mety w okolicach 13 godzin. Bo właśnie taki był plan - okolice 14 godzin, a jak się uda to zbliżyć się do 13. Plan niestety jakieś 20km później mogliśmy wsadzić między książki.  Ale póki co, jesteśmy jeszcze na przepaku. 

korek za przepakiem w Cisnej
Łuki pierwsze co zrobił, to udał się w stronę ambulansu znieczulić nogę sprejem. Jak się później okazało, to było ostatnie znieczulenie, na jakie mógł sobie pozwolić tego dnia. Ja rzuciłam się na poszukiwanie ziemniaczków, bo coraz bardziej chodziła za mną ochota, żeby pożreć coś słonego. Zalapałam się na ostatnią ćwiarteczkę... Chlip. Bida na tym punkcie. Szybko ogarnęliśmy przepaki, dopakowaliśmy żeli, batonów, zostawiliśmy czołówki i ruszyliśmy dalej. Niestety po chwili musieliśmy się zatrzymać. W korku. Bo w Cisnej zbudowano mostek. A za mostkiem była stroma i wyślizgana od błota ścieżka, przy której zamocowane były liny (trochę mniej ekstremalna wersja Szczawnicy). Kolejka stała na kilkanaście metrów. Stoimy, stoimy, to se zjem batona. Zjadłam. Nadal stoimy. Obok pan, który robił zdjęcia, rzucił żarcikiem 'przed wami jeszcze 50km, więc jest szansa, że jeszcze będzie biec he he'. Biegacz przede mną zrobił krok pod górę po śliskim błocie i zjechał w dół prawie na mnie. Na tyłku miał dziwne dwa ślady od błota, więc w kolejce za mną rozległy się heheszki, że niby próbowałam łapać, moje tłumaczenia,że czyste rączki mam, hihihaha, czas sobie leciał, aż w końcu udało nam się dostać do lin i przeprawić. W końcu zaczęła się pierwsza poważna górka tego dnia. Prawie 10km podejścia, które jak się skończy, na zegarku będę miała dystans maratonu. I w głowie pojawiała mi się myśl, że nieuchronnie zbliżam się do granicy najdłuższego pokonanego dystansu. I że jakoś dziwnie mnie nogi nie bolą. 


Wdrapywanie się na Małe Jasło, a potem Jasło, z perspektywy czasu oceniam jako całkiem przyjemny spacer pod górę. Mieliśmy wtedy oboje koszulki z napisem 'Klub Biegacza Szamotuły' na dole z tyłu, więc często byliśmy zagadywani, to o Szamotuły, to o Poznań, to o Sieraków, i że ooo, jak wy daleko mieliście. Ale przebojem podejścia były kolorowe skarpety kompresyjne pewnej męskiej pary, które tak nam się spodobały, że od razu musieliśmy się wywiedzieć, co i jak trzeba zrobić, żeby takie mieć. Już wiemy :) I miłym sposobem przebrnęliśmy przez Jasła, a potem zaczął się zbieg. Łukiego noga postanowiła dać o sobie nieco bardziej. Po prostu nie chciała zbiegać. Na tyle postanowiła suka boleć, że w zasadzie bardziej schodził, niż zbiegał. A jak próbował zbiegać, to słyszałam za sobą jęki i stękanie z bólu. A Łuki nie jest z tych, co się nad sobą i nad bólem rozczulają. Nie wiem w którym momencie biegu, ale padło z mojej strony 'jeżeli ma cię boleć nie do wytrzymania i masz sobie zrobić krzywdę i mieć rok biegania w plecy, to nie dyskutujemy i schodzimy z trasy!'. Odpowiedź brzmiała, że nie ma takiej opcji i że nie mam pytać, czy boli... 

cdn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz