wtorek, 20 czerwca 2017

Rzeźnik cz.2 Nie pytaj, czy boli...

Pierwsza część relacji tu: <klik>

Jakimś cudem noga Łukiego pozwoliła mu biec na Drodze Mirka. Ten fragment trasy, kilka kilometrów asfaltowo - szutrowej, płaskiej drogi w okolicach 50. km to ponoć niezły test dla głowy. My w zasadzie cały ten odcinek, nie licząc paru małych fragmentów pod górkę, przebiegliśmy. I dobiegliśmy do przepaku Smerek. Zapadł mi bardzo w pamięci moment, gdy liczba oznaczająca dystans na zegarku zaczęła się zbliżać do 50km. Patrz, Łuki, za chwilę zegarek po raz pierwszy w życiu pokaże mi 50km! mówiłam, myśląc, że zaraz się rozpłaczę z wrażenia. Chyba ostudziła mnie świadomość, że zostało nam jeszcze 'jedyne' 30km.
W Smerku dostaliśmy swój przepakowy worek, szybko uzupełniliśmy żele, batony i izo, których powoli zaczynałam mieć dość. Pożałowałam, że jednak nie uszykowałam sobie tej buły z serem i koncentratem pomidorowym. A ziemniaczków znów nie było... Była buła ze smalcem, której nawet za czasów gdy jadłam mięso bym nie ruszyła. Zadowoliliśmy się słonymi paluszkami. A wszystko to przy okazji szukania punktu medycznego. W końcu zapytaliśmy, gdzie taki jest. Nie ma. WTF? No nie ma. Jakiś ambulans ma tu dojechać na punkt, podobno ma być za jakiś czas, można poczekać. WTF!! Łukiemu nie pozostało nic innego jak zacisnąć zęby na 'ostatnie' niecałe 30km. W tym dwa długie mocne podejścia, jedno krótsze na koniec, i trzy ostre zbiegi po błocie. To one były największą zmorą Łukiego w tym biegu. Wtedy najbardziej napierdzielała go noga. Tymczasem moją zmorą okazały się właśnie podejścia. Tośmy się uzupełnili koncertowo :)


Zaczęło się pierwsze upierdliwe podejście pod Paprotną. Łuki zadowolony, że przynajmniej przez najbliższe kilometry nie będzie bolała go noga. Ja ochoczo zabrałam się za podejście, ale wraz ze wzrostem przewyższenia coś zaczęło być nie tak. Czułam, że powoli tracę siły. Wcale nie bolały mnie nogi, te jak na ten dystans, trzymały się całkiem nieźle. Czułam jakby ze mnie ktoś stopniowo spuszczał powietrze. No ale nic, pomyślałam, pewnie znów zbliża się jakiś kryzys, co na tym dystansie dziwić mnie nie powinno, po prostu trzeba będzie go przetrwać, robiąc swoje. Jednak nie było wszystko ok. Cieszyłam się, że utknęliśmy w powolnym pociągu, toczącym się przez wąską bieszczadzką ścieżkę pośród paproci i jagodowych krzaczków. Nie było jak wyprzedzić, więc głowa miała usprawiedliwienie dla tego bardzo turystycznego tempa. Idąc w pociągu nie sposób było nie zauważyć Piotra Dymusa buszującego wśród paproci.


Zdałam sobie już wówczas sprawę, że podejścia będą do końca biegu moją zmorą i muszę je jakoś przetrwać. Ale jak tylko zaczynało być płasko nie miałam problemu, aby poderwać się do biegu. A z górki zbiegałam zupełnie bezproblemowo, czułam się pewnie na własnych nogach, zbiegało mi się szybko i lekko, mimo błota, gdzie wielu ludzi się zatrzymywało i szło.  Do 58. km jakoś to szło, wg planu, cały czas byliśmy pewni, że 14 godzin jest spokojnie w naszym zasięgu. Jednak o jednym nie pomyśleliśmy. Że to ultra i może zdarzyć się wszystko. Łukiego noga już w zasadzie nie bolała, tylko nakurwiała. A mojej głowie chwilowo zażegnany kryzys postanowił powiedzieć 'halo, ja tu nadal jestem'. 

W okolicach 60. km poczułam, że słabnę i zaczęłam się zatrzymywać. Miałam problem z biegiem po płaskim, a spacer mnie irytował. Jak tak dalej pójdzie, to ja tego Rzeźnika przejdę, a nie przebiegnę! Ale jak tylko podrywałam się do biegu, po parunastu metrach się zatrzymywałam i ledwie szłam. Czułam jakby nogi same próbowały nieść ciało, a najcięższą część tego ciała stanowiła głowa. Miałam wrażenie, że odpłynęła z niej krew i wszystkie myśli, było mi już totalnie wszystko jedno. Czułam się jakbym była bezładną kukłą, ledwie poruszającą się, jakby głowa poszła najzwyczajniej w świecie spać, a ciało chciał się wyłączyć razem z nią. Obraz przed oczami był jeszcze mniej ostry niż zwykle, gdy nie mam okularów. Czułam, że spadło mi ciśnienie i powiedziałam Łukiemu, że jakbym się tu teraz położyła, to z automatu bym zasnęła. Może tak zareagowałam na pierwszy w życiu bieg, który zaczął się w nocy, na deficycie snu? Łuki trochę się przestraszył i zarządził chwilę odpoczynku. Położyłam się w jagodowych krzaczkach, a Łuki podniósł moje nogi do góry. Nie zasnęłam, a do mojej głowy dopłynęła krew. To było, jak się chwilę później okazało potrzebne, bo łatwiej przychodził mi bieg, choć po płaskim było go jak na lekarstwo. Do punktu w Roztokach doczłapałam się właśnie dzięki tej przerwie i dzięki temu, że było z górki. A na zbiegach o dziwo kryzys znikał. Wracałam do siebie. Obawiam się, że gdyby ten bieg do samego końca był z górki, nawet ostro i po błocie, leciałabym jak dzik. Jednak Rzeźnik to gra drużynowa... Tam, gdzie ja odzyskiwałam siły i mogłam napierać, tam Łukiemu dokuczała kontuzja. Nie był w stanie zbiegać na miarę swoich możliwości. Zbiegał dużo wolniej, w bólem, kalecząc technikę na wszystkie sposoby. Zbiegaliśmy w ten sposób, że ja leciałam do przodu swoim tempem, ale co chwilę zeskakiwałam na pobocze i czekałam na Łukiego.
I tak jakoś dotarliśmy do punktu na 68km. A na punkcie w Roztokach pierwsze czego szukaliśmy to punktu medycznego i lodu w sprayu. Oczywiście nie było... Do mety mieliśmy ok. 12km, w tym jedno długie i męczące podejście pod Hyrlatą, zbieg do Lisznej, jeszcze jedno podejście pod Małe Jasło i zbieg do Cisnej. Łuki musiał jeszcze bardziej zacisnąć zęby, a ja mieć nadzieję, że podejścia mnie nie zniszczą do końca...

cdn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz